Jak gorąco. Kto odkręcił
ogrzewanie w środku lata? Próbowałam przekręcić się na drugi bok ale
nie mogłam. Zdziwiona otworzyłam oczy aby zobaczyć naprzeciwko siebie
tego idiotę.
- Co ty robisz w moim łóżku?
Warknęłam wściekła na niego.
- Dzień dobry.
Mruknął z uśmiechem otwierając oczy.
- Słucham.
- To jest mój dom więc moje łóżko.
- Ciekawe. Wczoraj słyszałam że twój dom jest moim. A to znaczy że należy mi się własny pokój.
- Nie potrzebujesz własnego pokoju skoro i tak będziemy razem spać.
- Jestem luną obu stad. Nie muszę w tym celu być z tobą. Jak wrócę, to ma już ciebie tutaj nie być.
Jeszcze bardziej się
wkurzyłam, ale tym razem udało mi się podnieść z łóżka i mamrocząc pod
nosem na tego debila otworzyłam pierwsze lepsze drzwi. Szczęśliwie
pomieszczenie za nimi spełniło moje oczekiwania. Przekręciłam blokadę i
rozejrzałam się wokół szukając czystego ręcznika. Rozebrałam się w
trybie ekspresowym, ustawiłam pokrętło na kolor niebieski i weszłam pod
strumień lodowatej wody. Poczułam na swojej skórze delikatne dreszcze,
jednak wewnątrz z każdą chwilą coraz bardziej się rozluźniałam.
Zamknęłam oczy próbując się uspokoić. Przypominałam sobie cały
wczorajszy dzień. Wilkołaki? Alfa? A nawet dwóch? Walka? Zbliżający się
front wojny? Ukucnęłam, obejmując rękami swoje kolana. Poczułam, że
wilgoć, która ląduje na moich ustach robi się słona. Jak ja mogłam się w
to wszystko wkręcić? Do tej pory narzekałam na swoje życie. Przyjaciele
mnie zdradzili. Najbliższa rodzina wygnała. Natomiast gdy pojawił się
promyczek nadziei, że gdzieś mnie chcą to okazuje się, iż na polu bitwy!
Nie jestem na to przygotowana. Nie poradzę sobie. Nie dam rady
funkcjonować razem z nimi. A jednocześnie zbyt bardzo się w to wszystko
wplątałam, więc nie pozwolą mi odejść. Co to znaczy, że jestem luną?
Dlaczego aż tak bardzo odróżniają lunę, od partnerki alfy? Wszystkie
pytania zaczęły wirować mi w głowie. Nim więcej ich było, tym większa
była moja panika. Wcisnęłam pięść w usta, aby nie było słychać mojego
szlochania. Nie mogę teraz o tym wszystkim myśleć, bo oszaleję. Wszystko
się ułoży. Prawda? Musi. Próbowałam pozbyć się myśli z głowy. Brałam
głębokie, uspokajające oddechy. Dopiero po chwili coś zaskoczyło.
Poczułam się, jakbym była pusta w środku. Powoli podniosłam się. Dałam
sobie punkt, za to, że tylko delikatnie zakręciło mi się w głowie.
Niemal mechanicznie zaczęłam się myć, tym co znalazłam obok siebie.
Opatuliłam się ręcznikiem i popełniłam błąd patrząc w lustro. Czerwona,
opuchnięta twarz, zapadnięte oczy, praktycznie fioletowy nos. Cudownie.
Rozejrzałam się wokół przypominając sobie, że nie wzięłam ze sobą
żadnych czystych ciuchów. Chwilowo wolałam mieć z nim kolejną
konfrontację niż chodzić w przepoconych ubraniach przy facetach o nader
wrażliwym węchu. Wzięłam głęboki wdech i wróciłam do pokoju. Oczywiście
dalej leżał rozwalony na środku łóżka.
- Miałeś stąd wyjść.
Jego arogancki uśmiech i
oceniające spojrzenie wywoływało we mnie złość. To dobre uczucie. Nie
jest człowiek pusty, ani nie czuje się jak wrak człowieka. Jeden z
najlepszych sposobów na poradzenie sobie ze strachem i depresją.
- Miałem, ale cię nie posłuchałem. Dzięki temu mogę ci się teraz przyglądać.
Przewróciłam oczami i zaczęłam rozglądać się wokół. Przy jednej z szaf widziałam torby.
- To moje?
Spytałam, pokazując na nie palcem.
- Tak. Bartek przyniósł.
- Miło z jego strony, że o mnie pomyślał.
Przez chwilę zobaczyłam
złość na jego twarzy. Ukucnęłam przy torbach, czując jego spojrzenie na
swoim ciele. Znalazłam czyste ubrania i wróciłam do łazienki, aby móc je
założyć. Po tym szybkim krokiem przeszłam przez pokój, aby wyjść na
korytarz.
- Dokąd idziesz?
- Na śniadanie.
Wiktor ubrał się w
trybie błyskawicznym i dołączył do mnie zanim zdążyłam dojść do schodów.
Szłam uparcie przed siebie, mając nadzieję, że pamięć mnie nie
zawiedzie i wiem gdzie jest kuchnia. Szczęśliwie dom miał bardzo
intuicyjny układ. Gdybym musiała kiedyś projektować przestrzeń dla tak
dużej ilości osób, to właśnie tak bym ją podzieliła. W pomieszczeniu
była jedna z kobiet, którą kiedyś widziałam u Bartka w domu.
- Witam cię Alfo, Luno.
Dygnęła i dopiero wtedy podniosła na nas na chwilę spojrzenie. Zdziwiona przyjrzała mi się uważniej.
- Płakałaś? Zrobił ci
coś? Wystarczy, że nam powiesz. Nie pozwolimy, aby naszej lunie coś się
działo, nawet jeśli oznacza to konfrontację z alfą.
Usłyszałam warkot za sobą, więc zdzieliłam Wiktora łokciem w brzuch. Popatrzył na mnie wściekły.
- Nawet nie próbuj być
na nią zły, za to, że mnie chroni. Skoro chcesz bym była twoją
partnerką, to powinieneś się cieszyć, że twoje stado tak szybko mnie
zaakceptowało, pomimo faktu, że jestem człowiekiem. Przynajmniej
będziesz miał pewność, że będę bezpieczna nawet gdy spuścisz ze mnie
swój wzrok.
Oddychał głęboko,
ewidentnie próbując się uspokoić. Zignorowałam go i podeszła do lodówki,
aby zobaczyć z czego mogę przygotować sobie jedzenie.
- Co robisz?
Spytał Wiktor ciut łagodniejszym głosem, ale dało się wyczuć, że wystarczy jeden komentarz, aby był wściekły.
- Mówiłam ci. Jestem
głodna. Chcę śniadanie. Jesteśmy w kuchni. A to jest lodówka. Znajdują
się w niej składniki, z których można zrobić posiłek. Przykładowo
śniadanie.
- Nie traktuj mnie jak idiotę.
- To przestań się zachowywać jak idiota.
- Nie chodziło mi o rzeczy oczywiste. Przypominam, że jesteś luną.
- Co to zmienia?
- Nie musisz już robić śniadania.
- A co? Jako mój potencjalny partner masz ochotę mi je przygotować?
- Od tego mamy innych. Lidia będzie zaszczycona mogąc zrobić dla ciebie śniadanie.
Kobieta dygnęła na potwierdzenie jego słów. Zła zamknęłam lodówkę i spojrzałam na niego podnosząc jedną dłoń do góry.
- Jak nazywa się ta część ciała?
- Nie rozumiem pytania.
- Chodzi mi o nazwę tej części ciała, którą do ciebie macham.
- Ręka?
- Nie musisz pytać, tak to jest ręka. Nawet można uściślić, że prawa ręka, a ta druga.
- Lewa ręka.
- Jak ładnie możesz
zobaczyć, posiadam zarówno lewą, jak i prawą rękę. Nóżek również mi nie
ujebało. Nie jestem przywiązana do łóżka. Oraz w przeciwieństwie do
ciebie potrafię, uwaga, uwaga, samodzielnie, zrobić sobie posiłek.
- Znowu robisz ze mnie idiotę.
- Powtarzam. Nie muszę robić. Po prostu nim jesteś.
- Co to za krzyki z samego rana?
Dość rozbawiony spytał Mirosław.
- Próbuję zrobić sobie śniadanie.
- Pozwól, że przygotuję coś dla ciebie, w ramach podziękowania za wczorajsze ciepłe powitanie.
Uśmiechnęłam się do
niego szeroko, a następnie spojrzałam znacząco na Wiktora. Miałam
wrażenie jakby robił się cały czerwony, trząsł się ze złości, słychać
było jego ostrzegawczy warkot. Tymczasem Mirosław kompletnie się tym nie
przejął. Wręcz miałam wrażenie, jakby przy tym wszystkim był jeszcze
bardziej z siebie zadowolony. Wesoło pogwizdując pod nosem zaczął robić
jajecznicę, więc usiadłam przy wyspie kuchennej, tak by móc obserwować
jego ruchy. Wiktor niemal od razu podniósł mnie, aby usiąść na krześle i
posadzić mnie na swoich kolanach. Kątem oka widziałam, że Lidia
powiedziała coś Mirosławowi do ucha i uciekła. Niczym niezrażony
wilkołak stosunkowo szybko uwinął się ze swoim zadaniem. Postawił przede
mną talerz z ilością jak dla czterech chłopa i drugi dla siebie,
przesuwając krzesło tak by mógł siedzieć idealnie naprzeciwko mnie.
- Dziękuję, ale z wielkością porcji to już trochę przesadziłeś.
- Spokojnie, na pewno znajdzie się ochotnik, aby dojeść po tobie.
Uśmiechnęłam się do niego delikatnie i z zadowoleniem zaczęłam jeść. Nawet nie wiedziałam, że jestem, aż tak głodna.
- Będziemy musieli potem porozmawiać.
Na wściekły głos Wiktora
przeszedł mnie dreszcz. O, tak. Mamy o czym rozmawiać. Powinnam
pozadawać im wszystkie pytania, które mnie męczą. Automatycznie poczułam
jak mój żołądek skręca się w supeł.
- Najadłam już się.
Mirosław spojrzał zaskoczony na talerz, a potem ze zrozumieniem posłał złe spojrzenie Wiktorowi.
- Zjedz jeszcze trochę. Musisz mieć teraz dużo siły.
- Już nie dam rady.
Lekko się zachmurzył i wziął mój widelec, aby nałożyć na niego jedzenie.
- Co ty robisz?
Spytałam zdziwiona, a
Mirosław wykorzystał fakt, że mówię, aby włożyć mi jedzenie do ust.
Usłyszałam warkot ze strony Wiktora i jego ręce na swojej talii, które
przyciągnęły mnie do niego tak bardzo jak dał radę.
- Skoro nie chcesz jeść sama, to cię nakarmię.
- Naprawdę nie jestem już głodna.
- Nalegam.
Poczułam się jak małe dziecko, ale miał rację, że powinnam jeszcze cokolwiek w siebie wmusić.
- Oddaj widelec, zjem jeszcze trochę.
- Miałaś już czas na to by jeść samemu.
- Umiem jeść sama.
- Wilkołakom sprawia przyjemność, gdy mogą nakarmić kobietę.
Czując i słysząc reakcje
Wiktora nie miałam wątpliwości, że może i czuję się jak małe dziecko,
to dla nich jest to niemal rytuał. Ponownie zaczęłam protestować dopiero
gdy zorientowałam się, że odpłynęłam na tyle daleko, że dał radę wmusić
we mnie prawie pół talerza. Tym razem mi odpuścił, a Wiktor przejął mój
talerz, aby dokończyć to co zostało w mniej niż minutę. Zdziwiona
zeszłam z jego kolan i nalałam sobie do szklanki wody z kranu.
- Mamy wodę.
- Przyzwyczajaj się, lubię pić prosto z kranu.
Mirosław wyciągnął w
moim kierunku rękę, więc podałam mu swoją dłoń. Nie wiem czy zrobiłam
pół kroku, gdy z warkotem Wiktor pojawił się przy moim drugim boku.
Jeden próbował przyspieszać, a drugi zwalniać. Jeśli oni nie dogadają
się ze sobą chociaż trochę, to przy nich oszaleję. Szczęśliwie ich celem
podróży był ten sam pokój w którym rozmawialiśmy poprzedniego dnia.
Wiktor ponownie wciągnął mnie na swoje kolana, a Mirosław delikatnie
zaniepokojony usiadł naprzeciwko.
- Zanim zaczniemy cokolwiek omawiać, mam do ciebie jedno ważne pytanie.
- Słucham.
- Czy Wiktor zrobił ci jakąś krzywdę?
Poczułam się jakbym była na krześle do masażu, wręcz musiałam się go przytrzymać, aby z niego nie spaść.
- Nic mi nie zrobił, skąd pytanie?
- Lidka mi powiedziała, że jak weszłaś do kuchni to miałaś twarz spuchniętą od płaczu.
- To prawda.
Powiedziałam cicho i odwróciłam wzrok.
- Skoro Wiktor nie zrobił ci krzywdy, to co się stało?
Poczułam jakby w głowie runęła tama, która zatrzymywała wszystkie nieproszone myśli.
- Na chwilę przypomnij
sobie, że jestem człowiekiem, który jednego dnia ledwo uszedł z życiem, a
przy okazji dowiedział się, że istnieją wilkołaki na świecie. Aby
kolejnego być świadkiem bitwy i dostać informacje o wojnie. Natomiast
dzisiaj zaczyna mnie już głowa boleć od waszej awantury testosteronowej.
- Płakałaś przez nadmiar wrażeń.
- Można tak to ująć.
- Poradzisz sobie z kolejną porcją informacji?
- Liczę na kolejną porcję informacji. To co najbardziej mnie męczy to nadmiar pytań, które latają po mojej głowie.
- Od czego chcesz w takim razie zacząć.
- Od najtrudniejszego tematu. Chcę wiedzieć jak najwięcej o wojnie.
- Wybrałaś ogromny temat.
- Wydaje mi się, że najważniejszy.
- To co cię interesuje?
- To lecimy po kolei. Mówiliście, że nie orientujecie się kto po czyjej stoi stronie, kto ma racje, a kto nie.
- Tak.
- Czy wiecie kiedy wojna wybuchła.
- Trwa już jakieś sześćdziesiąt lat.
- Jakim cudem, nie ma o tym w żadnych mediach?
- Tylko ludzie przykuwają uwagę do wiadomości.
- Nawet jeśli. Skoro to
jest wojna, to powinno być cokolwiek wiadomo. Chyba jednak jest to temat
zbyt trudny na początek. Mówiliście, że istnieje kilka ras. Tylko
ludzie nie wiedzą o innych rasach?
- Może powiem jak mniej
więcej to wygląda jeśli chodzi o historię. Na początku każda z pięciu
ras żyła oddzielnie. Dla przypomnienia są to ludzie, wilkołaki, wampiry,
elfy i krasnoludy. Jednak jak łatwo się domyślić, każda z tych ras się
rozmnażała i potrzebowała coraz większej przestrzeni do życia. W ten
sposób zaczynało dochodzić do pierwszych sporów między rasowych, które
ostatecznie doprowadziły do wojny. Najwięcej przetrwało ludzi, którzy
byli najbardziej oddaleni od wszelakich walk. W ten sposób, w dużej
mierze przez przypadek zyskali przewagę. Ponownie rasy się rozdzieliły i
każdy zajmował swój rejon. Z czasem dochodziło do dyskusji w ramach
których dane terytorium mogło jednocześnie należeć do więcej niż jednej
rasy. Wszyscy coraz lepiej się dogadywaliśmy, ale z czasem większość
zapomniała o tym, że istnieje ktoś spoza ich gatunku. Jeszcze inni na
tyle długo żyli pośród ludzi, iż po kilku pokoleniach zatarły się
różnice. Najważniejsze osoby ze wszystkich ras zawsze były na obradach i
dyskusjach, aby całej społeczności żyło się lepiej. Jednak coś poszło
nie tak i wybuchła wojna. W ramach tego podjęto decyzję, że ci co nie
wiedzą, powinni się dowiedzieć, ale na tyle mało inwazyjnie, aby nie
wybuchły dodatkowe zamieszki pośród cywili.
- Czyli z jednej strony ci co władają doprowadzili do wojny, a z drugiej strony nie chcą by opanowała dosłownie cały świat.
- Aby móc rządzić, trzeba mieć kim.
- Słusznie. To teraz jeszcze raz na spokojnie o co chodzi z frontem.
- Frontem jest nazywane
miejsce, gdzie aktualnie toczą się bitwy pomiędzy dwoma stronami.
Tradycyjnie wygląda to trochę jak taniec. Strona która wygrywa robi w
cudzysłowie kilka kroków do przodu, a przegrani w tył.
- Czyli aktualnie wasza strona jest spychana do tyłu i dlatego twoje stado musiało się wynieść.
- Tak. Front był niecałe pięćdziesiąt kilometrów od naszego domu.
- Brzmi jakby było wystarczająco blisko, abyśmy musieli myśleć o ucieczce.
- Myśleć, tak. Ale na działania jeszcze za wcześnie.
- Dlaczego?
Spojrzałam na Mirosława, ponownie nic nie rozumiejąc.
- Przecież moglibyśmy wycofać się ze stadami w jakieś bezpieczne miejsce.
- Front jest płynny i
ciągle się przesuwa. Nie wiem, czy istnieje jakieś bezpieczne miejsce,
nie wiem, w którym miałoby to być kierunku.
- A ten, który wami rządzi? Nie mógłby stworzyć azylu dla nie walczących?
- Mógłby, ale byłaby to głupota z jego strony.
- Dlaczego?
- Wyobraź sobie, że ktoś chce zabić wszystkie wilkołaki.
- No?
- A teraz wyobraź sobie, że wszystkie są w jednym miejscu.
- Nie potrzeba by było dużo wysiłku aby wybić całą rasę.
- Dlatego musimy być
rozproszeni. Nic się nie stanie jak kilka stad połączy się, ale nie
możemy pozwolić do tego by powstało takie miejsce jak azyl, który
opisywałaś.
- Jestem idiotką.
- Nie każdy musi znać się na bitwie.
- W takim razie, co zamierzacie zrobić, gdy front zbliży się w naszym kierunku.
- Prawdopodobnie mówimy tu o latach, zanim to się zdarzy.
- Macie przygotowany jakiś plan?
Wiktor w końcu się uspokoił, przyciągnął mnie do siebie i odezwał się patrząc przede wszystkim na Mirosława.
- Biorąc pod uwagę jak
dużo mamy kobiet, dzieci, emerytów czy weteranów to będzie trzeba
uciekać. Armia idzie z północnego wschodu, więc dwa kierunki nam
odpadają. Zarówno na południu, jak i na zachodzie są inne stada, ale
skoro mamy ciebie, to jest szansa, na pokojowe rozwiązanie sporu. Trzeba
tylko podjąć decyzję, czy lepiej uciekać na zachód, w stronę gór, gdzie
jeśli dotrzemy to może być problem z tym co dalej. Czy bezpiecznie
wybrać południe, gdzie będzie możliwość dalszej ucieczki, ale
równocześnie jest większe prawdopodobieństwo, że właśnie tam przesunie
się front.
- Za którym jesteś rozwiązaniem?
- Chwilowo za zachodem.
- Również byłbym za
zachodem. Pomimo tego, że nasze stada składają się prawie w całości ze
słabych ogniw, to w razie problemu mamy większą szansę na pokonanie gór
niż zmęczona armia.
- Ma to sens. Ale czemu cały czas mówicie, że stada są słabe? Widziałam dużo młodych osób nadających się do walki.
- Już tak, bo ostatni pobór był ponad pięć lat temu.
- W takim razie dlaczego nie zaczniecie szkolenia?
- Szkolimy, ale osoby, które zostały to przede wszystkim gamy i omegi.
- Kto?
- To może przejdźmy do nazewnictwa w stadzie.
- Brzmi pomocnie.
- Na samym początku
każde stado wilkołaków nazywało siebie jakąś literą alfabetu greckiego.
Było to trochę traktowane jak nazwisko, a dokładniej jako nazwa klanu. W
ramach pierwszej wielkiej wojny każde stado dostało jakąś funkcję, w
zależności od tego co potrafili. Ojciec szkolił syna, a matka córkę i
takim sposobem każdy klan miał własne cechy i umiejętności. Ród alfa
słynął z dość sporej siły fizycznej, ale przede wszystkim z intelektu,
szybkiej analizy otoczenia, strategia i dowodzenie były dla nich
rzeczami podstawowymi. Klan beta charakteryzował się szybką przemianą,
dość sporym wilkiem, oraz ogromną siła fizyczną. Omegi charakteryzowały
się prawie nieograniczoną wiedzą, chociaż każdy z nich dodatkowo był
specjalistą w jakieś małej wąskiej dziedzinie. Gammy miały wręcz
nieograniczoną cierpliwość, dzięki czemu były idealne do opieki nad
dziećmi, a dodatkowo często posiadały zdolności medyczne. Klanów było
tyle ile masz liter w alfabecie greckim. W ramach wojny i współpracy,
zaczynało dochodzić do mieszania się genów. Wiele osób poległo na polu
bitwy lub przez różne intrygi. W dzisiejszych czasach trudno już o
osobników, którzy należeliby czysto do jakiegoś klanu. Jednak u
większości jest przewaga jakieś jednej cechy. Tak jak u nas jest to
pochodzenie od klanu Alfy.
- Skoro jesteście aż tak dobrzy w strategii to jakim cudem znaleźliście się w tak koszmarnym położeniu.
- Niezależnie od tego
jakie cechy zdobędziesz po swoich przodkach są rzeczy, których ktoś musi
cię nauczyć. W przeciwnym wypadku jest tak jak z nami, jesteśmy
samoukami, którzy popełniają błędy, ale uparcie dążą do celu, wspierani
przez posiadane predyspozycję i wiedzę kim jesteśmy i co możemy
potrafić.
- W takim razie o co chodzi z luną. Nazwa nie brzmi jak z alfabetu greckiego.
- Jak już wcześniej ci
opowiadałem kiedyś na wilkołaki olbrzymi wpływ miał księżyc. Tylko przy
jego świetle można było dokonać pierwszej przemiany, a w czasie pełni
mieliśmy dużo większą moc niż jakakolwiek inna rasa. Wielu z nas
pragnęło tej siły na co dzień, a nie tylko raz w miesiącu. Ówczesny
najważniejszy Alfa dogadał się z Elfami, które obiecały podarować mu
księżyc. Zrobiły to poprzez przelanie jego mocy w ciało partnerki Alfy.
Została nazwana luną, bo po łacinie oznacza to właśnie księżyc. Było to
błogosławieństwem, bo każdy w jej pobliżu czuł wielką moc, jak w czasie
pełni. Było to przekleństwem, bo musiała być obecna przynajmniej
kilkadziesiąt kilometrów od wilkołaka, aby czuł jej moc. Wystarczyło, że
nasi wrogowie się rozproszyli, a byliśmy bezradni. Alfa rozumiejąc
konsekwencje swojego czynu postarał się o dużą ilość córek. Każda z nich
miała moc podobną do swojej matki, chociaż odrobinę słabszą. Luny
zostały wysłane w świat, aby wesprzeć najbardziej strategicznie
ustawione stada. Część z nich zginęła w walce, druga postarała się o
dzieci.
- Nazywacie mnie luną, czy to znaczy, że pochodzę od tej kobiety?
- Tak.
- Chcecie mi wmówić, że mam w sobie cząstkę mocy księżyca? Nawet jak na to co widziałam to wydaje mi się jedną wielką bajką.
- Czasy w których to się
działo, były dość mrocznym okresem w dziejach naszej historii. Wszelkie
relacje mamy ustne. Opowieść ludzie zaklasyfikowaliby jako legendę.
Jednak pomimo braku zapisanych przekazów, nie znam wilkołaka, który by w
te historie nie wierzył.
- Nie wiem czy to dla mnie nie jest zbyt dużo jak na jeden wieczór.
- Pytanie czy rozumiesz, czemu aż tak bardzo zależy nam na tym byś z nami została?
Spojrzałam na Mirosława próbując nie wpadać w panikę.
- Nie do końca. Nic nie potrafię. Nie jestem luną.
- Gdybyś nią nie była to
nie mogłabyś rozkazywać wilkołakom. Jesteś dla nas dodatkowym
zabezpieczeniem, aby nasze stada miały szansę przetrwać. Jeśli tylko
nauczysz się używać swoich mocy to cała reszta wilkołaków rozkwitnie.
Nim bardziej będziesz potężna tym dla nas lepiej.
- Jestem tylko
człowiekiem. Wystarczy, że ktoś się na mnie rzuci i puf... Nie ma szans,
abym była wstanie pomóc wam w czasie walki.
- Jeszcze jesteś człowiekiem.
- Co masz na myśli?
Spytałam piskliwym głosem zeskakując z kolan Wiktora, który odwrócił głowę na wieści Mirosława.
- Najlepiej dla wszystkich będzie jak zostaniesz przemieniona w wilkołaka.
- Słucham?
Zaczęłam się histerycznie śmiać.
- Ja? Jako wielki pies? Taki z futrem? Nie ma szans. Było miło, ale się skończyło.
Ogarnięta paniką
wybiegłam z pokoju, a następnie z budynku. Już nie próbowałam ukryć
szlochania, chociaż przez łzy nic nie widziałam. Po prostu biegłam co
sił w nogach, w stronę gdzie ostatnio widziałam ulicę. Miałam nadzieję
na jakiś cud. Że ktoś akurat będzie przejeżdżał i zabierze mnie z tego
wariatkowa. Muszę stąd uciec tak daleko jak tylko dam radę. Najlepiej na
południe.
Poprzedni Następny
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz