wtorek, 7 listopada 2017

Z pogranicza szaleństwa - Rozdział 1

Dlaczego musiałam pracować do tak późna? Bo miałam miękkie serce, bo w przeciwieństwie do większości personelu nie mam rodziny? Powody jednak nie są ważne. Nauczyłam się żyć samotnie, lecz z troską o innych. Moi rodzice zmarli, gdy byłam mała. Trafiłam do domu dziecka. Nigdy nie przebywałam długo w rodzinach zastępczych, zawsze z tego, czy innego powodu odsyłali mnie tam z powrotem. Od razu po uzyskaniu pełnoletniości, wyprowadziłam się z domu dziecka i zamieszkałam samodzielnie się utrzymując. Po jakimś czasie udało mi się zdobyć jakiś znajomych. Czułam się co prawda przy nich samotnie, ale mogłam z kimś porozmawiać. Z kimś komu na mnie zależało, teoretycznie. Natomiast jedyna osoba, na której mi zależało, to była Kaśka. Niestety umarła jeszcze szybciej niż ją znalazłam. Dzięki jej kontaktom byłam w stanie zdać na studiach z medycyny na kilka kierunków. Nigdy nie mogłam się zdecydować co wolałabym robić. Wiem wszystko co choć trochę wiąże się z pomocą ludziom chorym i umiałabym uleczyć każdą ranę, a nawet znam rośliny i sposób na zrobienie z nich odpowiednich lekarstw. W szpitalach lubią moją wielokierunkowość, bo każdy mógł mnie poprosić, abym wzięła jego zmianę. Normalnie pracuję od dwunastej do dwudziestej z półgodzinną przerwą na lunch. Często też pracuję dłużej, biorąc cudze zmiany, zazwyczaj dlatego, że gdzieś ktoś szedł i nie chciał pędzić, lecieć do pracy, a wolał się przespać chwilę. Ja nie potrzebowałam nigdy dużo snu. Wystarczają mi trzy godzinki, abym była rześka i wypoczęta, ale może to być też trochę związane z wiekiem. Za parę lat mogę nie mieć już tak łatwo i będę musiała dłużej spać.
W sierpniu skończę trzydzieści lat. Coraz częściej o tym myślę, bo z dnia na dzień czuję się coraz bardziej samotna. Brakuje mi kogoś, kto zawsze byłby przy mnie. Z jednej strony jestem już stara, z drugiej ciągle młoda. Niby mam jeszcze czas, ale niekiedy mam wrażenie, że moja szansa przeszła obok i nawet jej nie zauważyłam.
Szłam w kierunku domu, było już grubo po północy, bo wzięłam zmianę za Zośkę. Wszędzie było cicho, raz na jakiś czas przejeżdżał samochód. Było ciemno, jedynym oświetleniem były latarnie poustawiane gdzie niegdzie. Z przyzwyczajenia zaglądałam w każdą mijaną uliczkę. Zdarzało się, że spotykałam osoby bezdomne, którym mogłam pomóc. Mieli oni nieprzyjemny zapach to prawda, ale czułam się dobrze, gdy udzielałam im pomocy. Zazwyczaj dawałam takiej osobie kanapkę, coś do picia, ewentualnie kilka złotych. Czasami zdarzało się też, że musiałam nastawić jakąś kość lub zdezynfekować ranę. W torebce miałam jedną kanapkę i pół litrową butelkę wody. W zaułku po prawej stronie zauważyłam, jakby coś wystawało zza śmietnika. Zaciekawiona podeszłam bliżej i zobaczyłam tam mężczyznę. Był w opłakanym stanie, cały zakrwawiony i w podartym ubraniu. Zbliżyłam się ostrożnie i zaczęłam coś do niego mówić, ale nie odpowiadał. Schyliłam się i sprawdziłam puls. Na szczęście go miał, więc zaczęłam wyjmować wszystko z jego kieszeni. Był tam dowód, klucze do mieszkania i nóż. Odłożyłam te przedmioty bezpiecznie na bok i zmrużyłam oczy patrząc na jego klatkę piersiową. Miałam wrażenie, że nie oddychał. Przyłożyłam jeszcze raz rękę do jego szyi, ale puls miał. Poinformowałam go, że zamierzam zadzwonić na kartkę jeśli jakimś cudem mnie słyszał. Jednak w momencie gdy podniosłam rękę złapał mnie za nią tak szybko, że nie zdążyłam nawet mrugnąć. Otworzył oczy, które były krwiście czerwone. Przybliżył mój nadgarstek do ust i ugryzł mnie, pijąc moją krew. Normalny człowiek zacząłby się bać, a ja poczułam tylko lekkie zirytowanie. Dlaczego? Sama nie wiem. Po prostu wiedziałam, że on nie będzie chciał mnie zabić.
- No to w takim razie karetka odpada. Słyszysz mnie?
Spytałam, na co pomachał tylko minimalnie głową nie odrywając się od mojego nadgarstka.
- Jesteś wampirem?
Znowu kiwnął głową.
- Czy te klucze są od twojego mieszkania? Czy na dowodzie jest twój adres?
Kolejne kiwnięcia głową po pytaniach.
- Dobrze. To teraz puść mój nadgarstek, zawiozę Cię do domu.
Nie puścił, tylko wydał dźwięk przypominający stłumione warknięcie. Zadzwoniłam po taksówkę i podałam jej adres. Po chwili samochód podjechał do nas, świecąc nam po oczach. Wampir stracił przytomność, ja wyjęłam szybko bandaż z plecaka i założyłam go sobie na rękę. Wrzuciłam jego rzeczy do swojej torebki, zapamiętując adres i położyłam sobie jego ramię na szyi, a ręką oplotłam go w pasie podnosząc jego sztywne ciało do góry. To był nie lada wysiłek. Nie dość, że był ciężki jak cholera to jeszcze do tego nieprzytomny. Nogami szurał po betonie i byłam niemal pewna, że będzie miał buty do wyrzucenia. Podeszłam te kilkanaście metrów do taksówki i wpakowałam się z nim na tylne siedzenie. Podałam taksówkarzowi numer i ruszyliśmy.
- Proszę pani, ale czy nie trzeba go zawieźć do szpitala?
- Nie. Upił się i tyle. Do szpitala będzie trzeba go zawieść, jak wytrzeźwieje i wygarnę mu, co myślę o takim zachowaniu. Znamy się od niedawna. Umówił się ze mną i schlał się tak, że stracił przytomność, a lekki on nie jest.
- Ale on ma krew na bluzce.
- Nic wielkiego. Gdy stracił przytomność to się przewrócił. Trochę starł sobie skórę na brzuchu i dodatkowo krew leciała mu z nosa. Jestem lekarzem, opatrzę go, jak tylko dojedziemy do domu.
- Dobrze, już nic nie mówię.
Do końca podróży taksówkarz  tak jak obiecał już się nie odzywał. Potem pomógł mi go wynieść z samochodu i zanieść do windy, a następnie wrócił do auta. Wjechałam z nim wiszącym na mnie na najwyższe piętro i otworzyłam drzwi jego kluczem. Okna miał pozasłanianie. Zapaliłam światło i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było stosunkowo nie duże. Zaczynało się wąskim i krótkim korytarzem. Po lewej stronie było wejście do łazienki. Naprzeciwko mnie okno, przy ścianie stało wielkie łóżko. Między nim a oknem stała szafa, a obok fotel ze stolikiem. Na stoliku była lampa. Położyłam go na łóżku na samym prześcieradle i zapaliłam lampkę. Zdjęłam jego bluzkę i spodnie. Był cały we krwi. Poszłam do kuchni, która była koło drzwi od łazienki. Załamałam się. Kuchnia wyglądała na całkowicie nieużywaną, lecz zniszczoną. Szafki chyba były przegniłe, panował tam wielki bałagan i brud. Dzbanek, czajnik i miskę porządnie umyłam. Zaparzyłam wodę w czajniku. Przelałam połowę do wielkiej miski, a drugą do dzbanka. Oczywiście nie było żadnej gąbki, czy płynu do mycia naczyń, więc musiałam użyć swojego. W takich momentach jak ten cieszyłam się, że mam wielką torebkę z dużą ilością rzeczy. Gąbkę i płyn noszę tylko i wyłącznie dlatego, że w szpitalu czasem tego nie ma, a po posiłku warto pozmywać naczynia. Do miski wlałam trochę zimnej wody. Z letnią wodą wróciłam do pokoju. Położyłam miskę na podłodze i wyjęłam z torebki gąbkę, tym razem delikatną i nie szorstką do zmywania tego typu rzeczy z ciała. Powoli i systematycznie ścierałam krew z całej jego klatki piersiowej. Żadna rana już mu nie krwawiła. Zachęcona tym wytarłam krew z pozostałych części jego ciała. Sprawdziłam wszystkie kości, ale wydawało się, że były na swoim miejscu, jedynie żebra były trochę potłuczone, ale widziałam, że się już się zrastają. Wszystkie skaleczenia zdezynfekowałam. Najgorszą ranę miał na udzie i w okolicach serca. Wyglądały jak rany od wąskiego noża, albo pazurów. W sumie to nic już by mnie nie zaskoczyło. Były to rany głębokie i wyglądały na poważne. Zszyłam obydwie powoli, niestety posiadałam jedynie nierozpuszczalną nitką w odpowiedniej ilości, bo zapomniałam uzupełnić zapasy. No trudno, najwyżej później będę musiała je wyjąć. Drobne siniaki i skaleczenia na wszelki wypadek posmarowałam jeszcze kremem przyśpieszającym gojenie. Wstałam i spojrzałam na moje dzieło. Tylko w dwóch miejscach było szycie, reszta ciała była w siniakach, ale i tak wyglądał imponująco. Miał krótkie czarne włosy. Jasną, ale nie bladą cerę. Silnie umięśnioną klatkę piersiową, ręce i nogi. Gdyby nie incydent z Jimem to mogłabym się nawet z nim umówić, ale tamtej sytuacji nic nie jest w stanie wymazać. Poszłam do łazienki. Wylałam do kibla wodę z miski i weszłam pod prysznic. Umyłam się cała żelem, który tam stał i opatuliłam własnym ręcznikiem wyjętym z torebki. Umyłam zęby i przebrałam się w pidżamę składającą się z bluzki na krótki rękaw z narysowanym bajkowym tygrysem, ruszającym ręką i w chmurce był napis „mrau…”, do tego były spodenki do połowy uda. Sama pewnie nie kupiłabym sobie takiego stroju, ale ten komplet dostałam na gwiazdkę w szpitalu. Odbyło się losowanie i mnie miał koleś, który zarywał do wszystkich kobiet i uważał się za macho. Nie wrzuciłam jej tylko i wyłącznie dlatego, że wyglądam w niej seksownie nie odkrywając za dużo. Widać ładne wycięcie w miejscu mojej talii, podkreśla ona mój biust i zakrywa brzuch, który przydałoby się troszkę zrzucić. Nosiłam ją w torebce, bo zajmowała najmniej miejsca ze wszystkich moich strojów nocnych. Przejrzałam się jeszcze raz w lustrze, rozczesałam włosy, uprałam strój z całego dnia, powiesiłam na zimnym kaloryferze i wróciłam do pokoju. Zgasiłam górne światło zostawiając tylko lampkę. Zjadłam kanapkę i napiłam się wody z mojej torebki. Zbliżyłam się do wampira i położyłam mu rękę na głowie. Nie miał gorączki, ale nie był też zimny. Uśmiechnęłam się, bo poza widocznymi obrażeniami, żadnych nie posiadał i zaczęłam podnosić rękę, ale złapał mnie za nadgarstek. Byłam bardziej zdziwiona niż przestraszona. Pił na początku wolno, a potem coraz szybciej, co zaczynało trochę boleć. Położyłam drugą, prawą rękę na jego dłoni, próbując uwolnić tą pierwszą, ale równie dobrze mogłabym się siłować ze słoniem.
- Wystarczy już. Wypiłeś już sporo.
Nie słuchał mnie jednak. Ciągle pił i pił. Połykał w takim tempie, że czułam jak krew przepływa w moich żyłach w zawrotną prędkością.
- Przestań już, bo zaraz mnie zabijesz.
Zaczęłam lekko się denerwować. Próbowałam uwolnić rękę szarpiąc nią i pomagając sobie drugą dłonią. Zmarszczył brwi i zaczął warczeć. Złapał wolną ręką, moją prawą nie pozwalając mi nią ruszyć. Nogi zaczęły mi się trząść. Obydwie ręce miałam unieruchomione i nie mogłam się w żaden sposób oprzeć. Po chwili moje nogi nie wytrzymały i runęłam w dół. Upadłam tak szybko, że złamałam sobie rękę w nadgarstku. Syknęłam. Łzy zaczęły mi lecieć po policzkach z bólu, ale nie przestawałam mu mówić, aby już skończył. Po chwili zaczęłam robić się śpiąca. A więc to tak wygląda śmierć? Trochę nie za ciekawie. Inaczej to sobie wyobrażałam. Moje powieki zaczęły opadać i już po chwili straciłam przytomność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz