sobota, 8 grudnia 2018

Wojna ras - Rozdział 35

- Mamy problem. - Spojrzałam na Wojtka zmęczona.
- Co znowu?
- Zorganizowałem małe zebranie, może w czasie burzy mózgów uda się cokolwiek ustalić. - Pokiwałam głową i Sławek przeniósł nas do odpowiedniego pomieszczenia.
- Najnowszy problem polega na tym, że nie ma już w celach miejsc dla nowych chorych. Zmieści się ich może pięciu. Czyli mamy parę godzin do zapełnienia.
- Może Wiktoria podzieli jeszcze bardziej cele.
- Próbowałam. Nie jestem w stanie wydzielić im jeszcze mniejszej przestrzeni.
- To może któreś z pomieszczeń przerobimy na nowe więzienie?
- Jak to sobie wyobrażasz? Że wpuścimy wszystkich do jednego pomieszczenia i popatrzymy kto kogo zabije?
- Nie, ale można zainstalować kraty.
- Aby ich powstrzymały musiałyby być ze srebra. Nie zdążymy w parę godzin zdobyć odpowiedniej ilości materiału i zrobić cele. Zwłaszcza, że mamy zbyt mało osób zdolnych do pracy.
- A tarcze Wiktorii?
- Nie wykorzystujcie jej jeszcze bardziej, bo padnie! - Krzyknął wściekły Sławek.
- Spokojnie, dam radę, ale jak to sobie wyobrażacie?
- Przedzielisz pokój na takie jakby cele.
- Nie mam pomysłu jak. Pomijam fakt, że musiałabym być przy zamykaniu każdego wampira. Jeśli zrobię ściany pod sam sufit to dość szybko zabraknie im powietrza.
- To zrób niższe ściany.
- Jak zrobi niższe to będą mogli wyjść górą. Każdy wampir da radę podskoczyć na tyle wysoko i większość na chwilę wpłynąć na swój skład aby przecisnąć się przez najmniejszą dziurkę. To że nie wychodzą z cel jest kwestią tylko i wyłącznie tego, że kraty są zrobione ze srebra. - Wszyscy zamilkli na chwilę. Rozglądałam się po ich twarzach, ale widziałam jedynie strach i zmęczenie.
- Czy ktoś ma jakikolwiek pomysł na to jak przetrzymywać kolejne chore osoby?
- Nie. - Ktoś szepnął jak zbyt długo była cisza.
- Sławek?
- Tak?
- Mówiłeś, że umysł zarażonych powoli obumiera i masz wątpliwości, czy istnieje chociażby cień szansy na uzdrowienie ich.
- Tak. - Odpowiedział z lekkim zawahaniem. Pokiwałam głową podejmując decyzję.
- Jaki jest najbardziej humanitarny sposób na zabójstwo? - Cisza jaka się pojawiła była ogłuszająca. Wręcz słyszałam bicie swojego serca. Wszyscy patrzyli na mnie w szoku.
- Ktoś ma lepszy pomysł? - Spuścili wzrok na ziemię jakby było na niej coś interesującego.
- Mogę zabić ich myślą. Po prostu rozerwę na odległość nerwy łączące ich umysł z resztą ciała. Nie powinni nic poczuć. Padną na ziemię jakby ktoś wyjął z nich baterie.
- Ktoś ma jakikolwiek lepszy pomysł? - Dalej wszyscy uparcie obserwowali podłogę. - Ktoś się sprzeciwia? W takim razie idziemy wykonać pierwsze egzekucje. Zostaną wyeliminowane osoby, których umysł już praktycznie nie pracuje. Postaramy się oczyścić cele na najbliższe trzy dni. Jak tylko problem się powtórzy to to zgłoście. Zmarłych wynieście na zewnątrz i spalcie ciała, aby choroba nie miała szansy się rozprzestrzenić. - Pokiwali głową. Widziałam u nich rezygnację na twarzach. Spojrzałam na Sławka, aby zabrał nas do więzienia.
- Nie musisz na to patrzeć.
- To jest moja decyzja i moja odpowiedzialność. Będę patrzyła na to, bo biorę odpowiedzialność za swoje czyny. Nie będę udawać, że nic się nie stało. - Sławek nie wyglądał na do końca przekonanego, ale nie protestował. Przeszedł się wzdłuż chorych, aby wyłowić tych, którzy najbardziej zdziczeli. Następnie stanął przed jedną z klatek i skoncentrował się na wampirze. Przez chwilę miałam wrażenie, że widzę na jego twarzy ból, potem ulgę a na końcu padł na ziemię bez tchu. Sławek powtarzał tę czynność, aż zostawił po sobie kilkadziesiąt trupów. Podszedł do mnie niepewny mojej reakcji. Zbliżyłam swoje usta do niego w delikatnym pocałunku.
- Dziękuję za pomoc. Nie bój się. Nie odwrócę się od ciebie za to co kazałam ci zrobić. Ich śmierć jest na moim koncie, a nie twoim. - Usłyszałam jak ktoś za mną klaszcze w dłonie w spowolnionym tempie. Odwróciłam się i zobaczyłam Nicolasa.
- W końcu zaczęłaś podejmować jakieś ważne decyzje. Mówiłem, że może się zdarzyć, iż w końcu będziesz musiała stać się zimną suką. - Poczułam się jakby spadło na mnie wiadro zimnej wody. Jakim cudem ten wilkołak potrafi tak mocno mnie skrzywdzić? Usłyszałam za sobą warkot Sławka szykującego się do skoku. W kilku krokach podeszłam do Nicolasa i przywaliłam mu z liścia.
- Mówiłam, że jak spełni się twój pesymizm to oberwiesz ode mnie. - Szok na jego twarzy zaczął się zmieniać w rozbawienia, a po chwili wybuchnął serdecznym śmiechem. Przynajmniej on zachował jeszcze cień humoru. Po chwili w pomieszczeniu pojawił się Wojtek z ekipą.
- Wynosicie ciała?
- Tak.
- Chce być w czasie palenia zwłok.
- Nie musisz.
- Należy to do moich obowiązków. - Widać było, że Wojtek chce się sprzeciwić, ale nie mógł sobie na to pozwolić. Kryzys stał się na tyle wielki, że od groma osób zaczyna wątpić, czy aby na pewno powinnam rządzić. Nie obalili mnie tylko dlatego, że nie znalazł się nikt na tyle odważny i głupi by uwierzyć w to, że samodzielnie da radę opanować epidemię. Wynoszenie ciał poszło całkiem sprawnie. Już po chwili staliśmy na dworzu. Wszyscy chorzy zostali rzuceni w jedno miejsce. Jeden z żywiołaków ognia podpalił trupy. Postawiłam bariery, aby aż tak nie było widać ognia. Miałam też nadzieję, że uda się choć trochę rozrzedzić dym. Mag dobrze się sprawdził i po mniej niż pół godzinie mogliśmy wrócić na dół.
- Wojtek?
- Tak?
- Dasz radę ogarnąć mi butelkę tutejszego wina?
- Jasne. - Zanim zakończyłam wszelkie sprawy bieżące to był już środek nocy. Na naszym łóżku czekało na mnie wino od Wojtka. Bez większych ceregieli otworzyłam butelkę i zaczęłam łapczywie pić z gwinta. Sławek po chwili odebrał mi wino. Spojrzałam na nie, aby zorientować się, że duszkiem opróżniłam połowę zawartości. Po mojej twarzy zaczęły płynąć łzy.
- Wiktoria? Co się dzieje?
- Nie radzę sobie z tym wszystkim! Epidemia wybuchła już prawie miesiąc temu. Z każdym dniem jest coraz więcej chorych, oraz nosicieli. Poświęciłam kilka wampirów, aby przetestowali moją teorię tylko dlatego, że nie udało się znaleźć dowodów na to iż mam rację. W dalszym ciągu nie udało się nic ustalić. Jak tak dalej pójdzie to cały azyl się rozpadnie, bo nie umiem sobie poradzić z problemem.
- To nie jest jakiś mały problem. Naprawdę sądzisz, że tak łatwo jest poradzić sobie z epidemią? Ludziom potrafiło zająć lata zanim znaleźli rozwiązanie. A cokolwiek wiedzieli. Były jakieś objawy, zmiany. W tym przypadku nie da się odkryć żadnych anomalii.
- Mam więc pogodzić się z tym, że nie mogę nic zrobić? - Usłyszałam pukanie do drzwi i zaraz po tym szczęk klamki. Opadłam na łóżko zalana łzami, a Sławek z warkotem stanął w przejściu.
- To nie jest najlepszy pomysł na wizyty. Zwłaszcza twoje.
- To ma pecha, bo ma obowiązek przyjmować wszystkich interesantów o każdej porze.
- Uważaj co mówisz. Jestem rozdrażniony i nie ręczę za siebie.
-Niech wejdzie. - Szepnęłam cicho. Jednak wystarczająco, aby obaj panowie mnie usłyszeli. Sławek odsunął się o krok i z uśmiechem zwycięstwa Nicolas wszedł do pomieszczenia. Spojrzał na mnie, na wino stojące nieopodal i zaklął siarczyście.
- Co ty najlepszego robisz?
- Odreagowuje.
- Dlaczego?
- Zabiłam dzisiaj kilkadziesiąt osób.
- Nie ty zabiłaś.
- Podjęłam taką decyzję. Nie robi różnicy kto wykonał polecenie. Tak jak mówiłeś stałam się zimną suką. - Nicolas z westchnieniem opadł na kolana koło moich stóp.
- Przepraszam cię. - Spojrzałam na niego z zainteresowaniem. Dalej widok mi się rozmazywał przez nadmiar łez.
- Nie powinienem był tego mówić. Po prostu byłem pod wrażeniem.
- Niby czego?
- Ciebie. Wielu z nas zastanawiało się nad takim wariantem. Zarówno aby zabić chorych, nosicieli. Generalnie wszystkich w koło. Nikt nie podsuwał tego pomysłu bojąc się tego, że zbyt bardzo zabrniemy w zabijanie siebie nawzajem. Nie mniej jednak to była jedyna słuszna decyzja. Od tygodnia chodziło mi to po głowie, jednak nie miałem na tyle dużo odwagi, aby to zasugerować. Tymczasem ty to po prostu zrobiłaś. Mając władzę od jakiś dziewięciu miesięcy i mając jakieś dziesięć razy mniej lat niż ja po prostu podjęłaś decyzję kompletnie sprzeczną z twoimi poglądami czy charakterem tylko dlatego, że była słuszna. Co więcej. Nie uciekłaś przed konsekwencjami kryjąc się w cieniu tylko patrzyłaś zarówno na egzekucję jak i pogrzeb. Decyzja jest na tyle kontrowersyjna, że bałem się jak zostanie przyjęta. Zwłaszcza, że w tym miejscu plotki rozchodzą się z prędkością światła. Wiesz jak reszta zareagowała?
- Nie. - Szepnęłam cicho nie będąc pewną czy chcę to słyszeć. Nie bez powodu przestałam odpowiadać na niektóre emaile.
- Podniosłaś ich na duchu.
- Nie rozumiem.
- Podjęłaś jakąś ważną decyzję, po raz pierwszy od dawna. W dodatku bardzo ważną. Ludzie uwierzyli, że jeśli tylko znajdziesz rozwiązanie problemu to je zastosujesz niezależnie od wszystkiego. Przestali się bać. Dałaś im nadzieję.
- Nie rozumiem. Jakim cudem jest im lepiej z tego powodu, że skazałam kogoś na śmierć? Co więcej, wprost powiedziałam, że będę zabijać aż do skutku.
- Nie doceniasz tego jak oni wszyscy w ciebie wierzą. Większość przestała już kombinować. Modli się jedynie o to by rozwiązanie przyszło samo. Mają nadzieję, że coś wymyślisz.
- Dlaczego ja?
- A kto stworzył ten azyl? Kto rozwiązuje każdy problem po kolei? Kto buduje przyszłość? Więc przestań się w końcu mazgaić. Zostaw to wino. Pozwól sobie na to by przespać chociaż jedną nockę. Tak, wiem, że od wybuchu epidemii jak śpisz ciągiem trzy godziny to jest maks. Wszyscy to wiedzą. Prześpij się i zacznij ponownie pracować na pełnych obrotach, aby kopnąć kogo trzeba i ruszyć dalej. Na mnie już pora, nie przeszkadzam dłużej.
- Dziękuję. - Szepnęłam ze łzami w oczach. Po raz pierwszy od miesiąca poczułam jak zaczyna się we mnie rozpalać ten ogień co wcześniej miałam.
- Chyba choć raz się do czegoś przydał. - Powiedział oszołomiony Sławek do zamkniętych drzwi. Roześmiałam się na widok jego miny i miałam problem z powstrzymaniem się widząc jego zdziwienie na moją reakcję. Jednak po chwili uśmiechnął się szeroko z ulgą i podszedł na tyle blisko mnie, aby zacząć mnie łaskotać. Przestał dopiero, gdy nie mogłam złapać tchu i przyssał się do moich ust. Przyciągnęłam go bliżej do siebie i zaczęłam rękami głaskać jego plecy. Długo nie był mi dłużny. Jednak ku mojemu rozczarowaniu odsunął się kawałek i oparł swoje czoło o moje. - Gdybyś nie piła to jeszcze mógłbym zaryzykować stwierdzeniem, że mnie pragniesz.
- Bo chyba po raz pierwszy rzeczywiście i bez najmniejszych wątpliwości cię pożądam.
- A jednak się wahasz.
- Jest spora szansa, że się zaraziłam. Często odwiedzam nosicieli. A co jeśli się przez mnie rozchorujesz?
- To umrę szczęśliwy.
- Nie żartuj. - Uderzyłam go ręką po plecach na co uśmiechnął się leniwie.
- Nie ma żadnych dowodów na to, że choroba roznosi się drogą płciową.
- Ale roznosi się poprzez krew.
- Pomimo uprawiania seksu powinienem dać radę powstrzymać się od wzięcia twojej krwi.
- Zapominasz o fakcie, że jestem dziewicą. Co jeśli tyle krwi wystarczy, aby cię zarazić?
- Pomartwimy się tym kiedy indziej. I tak nic z dzisiejszego seksu biorąc pod uwagę, że jesteś pijana.
- Nie jestem pijana.
- Wypiłaś duszkiem pół wina, będąc nieprzytomną i na praktycznie pusty żołądek. Kładźmy się już spać. Nicolas ma rację. Powinnaś spróbować chociaż jedną noc odpocząć.
- Dobrze. - Moje oczy kleiły się już na tyle, że nie miałam siły się ruszyć. Poczułam jak Sławek przebierał mnie, ale nie miałam ochoty zareagować. Byłam wdzięczna, że zadbał o mój komfort. Położył się koło mnie i przytulił mnie do siebie na tyle, że cała się w niego wtulałam. - Sławek?
- Tak?
- Kocham cię. - Szepnęłam i zaczęłam zasypiać. Na skraju świadomości miałam wrażenie, że słyszę odpowiedź, ale nie mogę być pewna.

Poprzedni                                                                                           Następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz