niedziela, 29 października 2017

Uwięziona magia - Prolog

Z ciekawością rozglądałam się na boki. Dzisiaj było jakoś inaczej niż zwykle. Babcia zdenerwowana patrzyła za okno. Dziadek z rozbieganym wzrokiem czyścił miecz, a mama biegała z kąta w kąt. Powoli ich strach przechodził na mnie, pomimo, że nie rozumiałam jego źródła. Nikt się nie śmiał i nie bawił. Nawet dziadzio nie droczył się z mamą, że nic nie wie. Poczynając od faktu, że nie wie kim jest mój ojciec. Dzisiaj wszystko było inne i dalej nie rozumiałam dlaczego. Wtedy wszystko się zaczęło, lub raczej skończyło. Rozpoczęło się od tego, że babcia szepnęła, iż idą. Byłam ciekawa kto, ale nie spytałam. Dziadek kazał nam się schować. Mama opatuliła mnie starym kocem, którego wcześniej nie mogłam nawet dotknąć, bo mówiła, że jest magiczny. Babcia otworzyła kanapę i położyła tam bardzo dziwną torbę. Malutką, ale według nich magiczną. Cokolwiek to słowo znaczy. Weszła do tej torby z pięć razy mniejszej od niej i położyła się w niej. Mama włożyła mnie tam, a potem do nas dołączyła. Później się dowiedziałam, że jest "bez dna". Wszystko się w niej zmieści chociaż ona się nie powiększy. Dziadek zasunął suwak i widziałam tylko ciemność. Słyszałam hałas, ryk zwierząt, szczęk mieczy i dziadka krzyczącego, oraz umierającego. Czułam czyjeś łzy na policzkach i ciche błagania babci. Dalej nie rozumiałam co się dzieje, ale wiedziałam, że jest bardzo źle. Wtedy poczułam jak ktoś nas podnosi.
- Hej Erik, wiesz co to jest?
- Jakaś stara torba.
- Wygląda podejrzanie.
- Jak chcesz zbierać starocie to ją weź i zanieś do stodoły. To miejsce ma zostać spalone. Generał wątpi, aby ten wieśniak mieszkał tu sam.
Potem już nie słyszałam ich rozmowy, ale czułam jak ten pierwszy niósł nas nieostrożnie. Zostałyśmy rzucone na ziemię i stało się nieszczęście. Torba się otworzyła i wypadłyśmy ze środka.
- Mówiłem ci, że wygląda podejrzanie.
- Zabij je, a nie gadaj!
Przerażona skuliłam się pod kocem. Słyszałam krzyk mamy i babci. Starałam się nie ruszać, chociaż się bałam.
- Pośpiesz się, musimy już iść, bo stwierdzą, że się obijamy.
Odeszli. Zostawili mnie. Nic mi nie było. Przez chwilę jeszcze się nie ruszałam, a potem ostrożnie odchyliłam koc. Nikogo nie widziałam. Podniosłam się. Popatrzyłam na mamę i babcie. Obydwie krwawiły. Zaczęłam potrącać je obie, prosząc by się obudziły, ale mnie nie słyszały. Płakałam, ale starałam się być cicho. Mama na chwilkę otworzyła oczy.
- Weź mój naszyjnik.
- Nie zostawiaj mnie mamo!
- Weź naszyjnik i ukryj się.
- Mamo, boję się!
- Jesteś dzielna, dasz sobie radę. Weź go i idź.
Wyszeptała ostatnie słowa i wyzionęła ducha. Płacząc rzuciłam się na nią, ale już ponownie do mnie nie przemówiła. Odgarnęłam łzy rękawem, zdjęłam naszyjnik z mamy szyi. Założyłam na siebie i ukryłam pod bluzką. Przyjrzałam się kocu i odkryłam, że było to coś w rodzaju płaszcza. Opatuliłam się i rozejrzałam za kryjówką. Pamiętałam o tym, że chcą spalić dom, więc mogą też chcieć spalić stodołę, dlatego musiałam schować się gdzieś, gdzie wszystko będę widzieć. Przeszłam na czworakach po cichu na koniec stodoły, ukryłam się pod jedną z półek. Miałam możliwość ucieczki stąd, ale dopiero jak odejdą, bo na otwartym terenie, by mnie zobaczyli. Przykucnęłam w kącie i pozwoliłam sobie na kolejną porcję łez. Czułam dym palonego domu i mięsa, a potem już nic. Zasnęłam.
Rano obudziłam się nic nie pamiętając. Dopiero, gdy się rozejrzałam to uświadomiłam sobie co się stało. Porcja nowych łez spłynęła po moich policzkach.
- A jednak żyje.
Usłyszałam głos i zobaczyłam wychodzącego zza rogu człowieka. Mimo wolnie zwinęłam się bardziej.
- Boisz się śmierci maleńka?
- Jesteście okrutni.
- Niby dlaczego?
- Zabiliście moją rodzinę. Spaliliście to co znałam. Zniszczyliście moją codzienność. Po co?
- Nie zrozumiesz, jesteś za mała, a to są wyższe cele.
- Zabij mnie.
- Słucham?
- Jeśli jesteś choć trochę litościwy to mnie zabij. Nie chcę żyć, bez tych których kochałam. Budzić się na co dzień i przypominać sobie ich twarze.
Popatrzył chwilę na mnie i moją nagle zbyt poważną jak na wiek twarz i pokręcił głową.
- Wybacz, jestem okrutny. Zostawię cię przy życiu. Nie zabiłem nigdy dziecka i teraz też tego nie zrobię.
Cofnął się o krok. Uniósł w górę ręce i zaczął coś szeptać. Skierował dłonie na mnie, a ja zobaczyłam niebieską smugę lecącą w moim kierunku. Weszła we mnie, a ja zaczęłam się trząść. Przewróciłam się na bok, a on zbliżył się do mnie.
- Rzuciłem na ciebie czar. Teraz nie możesz opuścić tego miejsca. Tu będziesz bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej.
- A więc jednak jesteś okrutny, skoro muszę żyć, a nie mogę stąd uciec.
- Jestem.
Mruknął pod nosem, o czymś myśląc.
- Generale!
Ktoś krzyknął z oddali, a mój rozmówca odwrócił się w tamtym kierunku.
- Już idę.
Pomachał tamtemu ręką i jeszcze raz spojrzał na mnie.
- Jeśli kiedyś ktoś chciałby zdjąć czar, to zapamiętaj, że nazywam się Pawlov Pirtkowski.
Popatrzył na mnie jeszcze przez chwilę i zaczął oddalać się ode mnie. Schowałam się głębiej jednocześnie próbując ich usłyszeć.
- Dom już spalony, zająć się stodołom?
- Nie. Spalcie ciała, ale budynek zostawcie.
- Ale generale…
- To był rozkaz!
- Tak jest.
Powoli wszystko cichło. Przed wieczorem nikogo już nie było. Wyszłam rozejrzeć się co się ostało, ale dużo nie znalazłam. Torbę zabrali. Z domu został sam popiół. Nic nie dało się uratować. Wszystkie zwierzęta domowe zostały spalone. Wyszłam na łąkę za stodołom przykrywając się mocniej płaszczem, aby nie było mi zimno. Tutaj wszystko wyglądało normalnie. Świerszcze cykały. Gwiazdy świeciły jak dawniej. Trawa łaskotała w nogi tak jak zawsze. Widziałam pozory normalności. Powolnym krokiem udałam się w kierunku studni. Wyglądała na nie ruszoną. Jej nie znaleźli. Wyciągnęłam z niej tyle wody na ile miałam siły i wypiłam jednym duszkiem. Rozejrzałam się w koło. Usiadłam na ziemi. Nie miałam już więcej łez. Zaczynałam być głodna i zmęczona tym wszystkim. Miałam dosyć. Położyłam się na chwilę i zamknęłam oczy. Jakiś królik przypałętał się i przytulił do mnie. Pogłaskałam go. Byłam głodna, ale nie potrafiłabym zabić tak, jak oni to zrobili. Wstałam i spacerkiem wróciłam do stodoły. Tuż przed drzwiami w kącie zobaczyłam jakiś worek. Zaintrygowana podeszłam. W środku znajdowało się trochę jedzenia i karteczka „Przepraszam P.P.”. Cieszyłam się, że już w takim wieku potrafiłam czytać i pisać, ale treść mnie nie pocieszała. Zgięłam papier i rzuciłam na ziemię. Byłam wściekła. Zamknęłam na chwilę oczy i otworzyłam je ponownie. Sięgnęłam po jedzenie. Zjadłam kromkę chleba i zasyciłam się nią chwilowo. W przypływie chwili podniosłam karteczkę i schowałam ją do kieszeni wewnętrznej płaszcza. Miał on ich sporo. Zmarszczyłam na chwilę brwi i się zastanowiłam. Wyjęłam kolejną rzecz z worka i spróbowałam włożyć do kieszeni. Tak jak myślałam. Ten płaszcz też jest „bez dna”. Zapakowałam tam resztę prowiantu i weszłam do środka. Zrobiłam sobie posłanie ze słomy i położyłam się spać, w takim miejscu, aby nie było mnie widać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz