- Mówisz więc, że długo tutaj już siedzisz.
- Ponad dziesięć lat.
- To ile miałaś, jak trafiłaś do tej stodoły.
- Prawie pięć. Teraz mam już szesnaście.
- Przecież to straszne. Tyle siedzieć w jednym miejscu, jak ty to wytrzymałaś Patrycja.
- Tylko i wyłącznie dzięki dobroci naszym pobratymców, którzy mnie odwiedzali. Uczyli i zapewniali rozrywkę, tak ja ty. Dziękuję ci.
- Nie masz za co. Przecież to żaden problem odwiedzić cię raz na jakiś czas, skoro mieszkam w pobliżu. Szkoda tylko, że nie było mnie tu wcześniej.
- Nie martw się. Cieszę się, że w ogóle znalazłeś chwilkę, aby do mnie wpaść.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i wredne śmiechy.
- Schowaj się. Oni wrócili.
- Ty powinnaś się schować.
- Oni i tak wiedzą, że tu jestem. Nic mi nie zrobią, natomiast, jeśli zobaczę ciebie to mogą cię zabić.
Szepnęłam zniecierpliwiona do Henriego. Chwilę zwlekał i w efekcie ukrył się dosłownie sekundę, przed przyjściem tamtych.
- Ty, rudy patrz! Ona ciągle żyje. I dalej ma to harde spojrzenie, że jakby mogła to by nas zabiła.
- Gdyby nie była zwykłym dzieciakiem. Co sieroto, nudzi ci się?
- Odpowiadaj, gdy się do ciebie mówi!
Krzyknął ten pierwszy i uderzył mnie tak mocno, że przewróciłam się. Zacisnęłam zęby, ale nic nie powiedziałam. Byłabym w stanie ich pokonać, ale nie chciałam wydawać swoich umiejętności. Gdyby oni nie wrócili, to wysłali by następnych i kolejnych, aż w końcu by mnie zabili. Dopóki jestem tu uwięziona, jestem zdana na ich łaskę.
- Co? Głodna jesteś. Nędzarka siedzi tu sama całymi dniami, to nawet nie ma jak jedzenia zdobyć. Masz trochę chleba.
Powiedział rzucając na ziemię jakąś breję. Opluł ją, roztarł to butem i spojrzał rozbawiony na dziewczynę.
- Wcinaj. Czy może mam cię do tego zmusić?
Byłam wściekła i ledwo nas sobą panowałam.
- Zostaw ją!
Nawet nie zauważyłam, kiedy za nimi pojawił się trzeci gość. Był w takim samym mundurze co jego kompani, ale biło od niego coś innego. Jakby był inny, ale nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Wokół niego wirowała niebieska magia, a koło tamtej dwójki czerwona i praktycznie były tylko jej opary. My i oni byliśmy różni, ale to magia dostosowywała się do właściciela. Mogło być jej więcej lub mniej, a kolor był uzależniony od charakteru. Niestety jeszcze nie potrafiłam doskonale nazwać kolorów. To jest rzecz, której będę musiała się jeszcze nauczyć.
- Oj Gaweł daj spokój. Daj nam się chwilę zabawić. Sam wiesz jak nudno jest na patrolach.
- Jakbyś nie wiedział, ona też jest człowiekiem, a nie tylko zabawką.
- Oj weź już przestań.
- Wypad mi stąd!
- Gaweł…
- Wypad, ale już!
Krzyknął na tyle donośnie, że obydwaj niemal polecieli do wyjścia. Ten pierwszy jedynie odwrócił się i fuknął. Gaweł patrzył w tamtym kierunku, a gdy upewnił się, że odeszli ukucnął przy mnie i wyciągnął w moim kierunku rękę. Odruchowo cofnęłam się, a on opuścił swoją dłoń.
- Nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy.
- Nie ufam nikomu, kto nosi mundur.
- Mam go zdjąć byś mi zaufała?
Spytał się żartobliwym tonem zbijając mnie z tropu. Spojrzałam na niego zdziwiona i jego kpiarski uśmiech, który zaczynał mi się podobać. Dumna i zła, jeszcze szybciej odwróciłam głowę.
- Odpuść sobie. Niezależnie czy go na sobie będziesz miał, czy nie i tak będziesz należał do nich.
- Czyli mi nie zaufasz.
Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Długo po prostu patrzył na mnie, ale starałam się mieć odwróconą głowę.
- Często zdarzają ci się takie sytuacje jak ta?
- Zbyt wielu was jest, aby zdarzały się rzadko.
- Czy któryś z nich cię skrzywdził?
- Naprawdę sądzisz, że żywiłabym do was wszystkich urazę, gdybym choć raz nie została skrzywdzona?
- Kto?
- Nie będę ci wymieniać wszystkich co choćby na mnie krzywo spojrzeli, bo dzień jest za krótki.
Dalej tylko na mnie patrzysz. Byłam zła. Ale sama już nie wiedziałam, czy na niego, czy na siebie, że nie potrafiłam przestać mówić.
- Długo tu jesteś?
- Prawie jedenaście lat.
- Dlaczego nigdy nie odeszłaś?
- Bo zostałam uwięziona.
Odparłam cicho ze smutkiem i pozwoliłam sobie spojrzeć na niego. Miał piękną twarz. Wspaniałe włosy. Ale był po tamtej stronie. Pokręciłam z niedowierzaniem w myślach głową. Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy kiedy usłyszałam za sobą hałas. Momentalnie Gaweł się podniósł na równe nogi i wyciągnął broń. Przez ramię zobaczyłam, że to Henri niezgrabnie przypadkiem wypadł z kryjówki. Wstałam i zagrodziłam drogę, gdy tylko Gaweł chciał tam podejść.
- Mam rozkaz, aby zabijać każdego, kto nie jest w swoim domostwie.
- Jeśli chcesz go skrzywdzić to najpierw musisz zabić mnie.
- To nie powinno być trudne, patrząc na to co mówią.
- To może być trudne patrząc na to ile miałam wolnego czasu by tego i owego się nauczyć.
- To czemu się nigdy nie broniłaś?
- Bo przyszło by więcej was, a w którymś momencie byłoby za dużo osób, bym mogła wygrać. Inaczej by było, gdybym miała drogę ucieczki.
- Dlaczego chciałabyś dla niego ryzykować, skoro sama dla siebie byś tego nie zrobiła?
- Ponieważ to się nazywa solidarność. Bronię tego kto jest mi bliski. Każdy mój rodak zasługuje na ochronę, a jego życie jest ważniejsze niż moje.
- Dlaczego?
- Bo on je ma, a ja tylko egzystuję.
Pokręcił głową na boki i schował broń. Dalej byłam spięta. Nie ufałam mu.
- Powiedz mi jeszcze raz, czemu nie możesz stąd odejść.
- Przez silny czar.
- Jaki?
- Wiążący mnie z tym miejscem. Został rzucony przez jednego z waszych i nie mogę oddalić się od tego budynku dalej niż na pół kilometra.
- A jak chcesz iść dalej?
- Mam opór. Jakby ktoś zbudował niewidzialne ściany. Nie jestem w stanie ich przekroczyć.
- Jak się nazywała osoba, która rzuciła czar?
- Dlaczego miałabym ci powiedzieć?
- Bo tylko znając jego imię i nazwisko mogę zdjąć czar.
Długo patrzyłam na niego niepewna. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zszokował mnie.
- Tylko podaj jego dane. Co ci szkodzi?
Spytał się. Spojrzałam na niego i z westchnieniem odprężyłam się lekko. Zamknęłam na chwilę oczy i po chwili je otworzyłam już całkowicie zrelaksowana.
- Pawlov Pirtkowski.
Zmarszczył brwi, gdy usłyszał nazwisko, ale uśmiechnął się do mnie wesoło.
- Dziękuję, że mi zaufałaś.
Powiedział cicho i zaczął mówić słowa zaklęcia. Prawie wszystkie rozumiałam i wiedziałam, że to bardzo silny czar. Na jaki tylko niewielu miałoby siłę. On jednak miał. Skończył wymawiać słowa i skierował niebieską falę mocy w moim kierunku. Siła tego odrzuciła mnie w tył. Złapał mnie zanim upadłam i położył ostrożnie na ziemi. Robiłam się śpiąca.
- Trzymaj to.
Powiedział wręczając mi do ręki płącze.
- Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to do mnie zadzwoń. Jestem Gaweł Mińkowolski.
Spojrzał na Henriego i odezwał się ponownie.
- Pilnuj jej. Koło wieczora odzyska świadomość. Strzeż ją jak siebie samego, albo jeszcze lepiej. Niech włos jej z głowy nie spadnie.
Ponownie zerknął na mnie. Moje powieki robiły się ciężkie. Z miłym uśmiechem odgarnął włosy z mojej twarzy. Pochylił się, pocałował mnie w czoło. Podniósł głowę. Ktoś chyba go wołał. Spojrzał na mnie ostatni raz i odszedł, a ja zasnęłam.
- Ponad dziesięć lat.
- To ile miałaś, jak trafiłaś do tej stodoły.
- Prawie pięć. Teraz mam już szesnaście.
- Przecież to straszne. Tyle siedzieć w jednym miejscu, jak ty to wytrzymałaś Patrycja.
- Tylko i wyłącznie dzięki dobroci naszym pobratymców, którzy mnie odwiedzali. Uczyli i zapewniali rozrywkę, tak ja ty. Dziękuję ci.
- Nie masz za co. Przecież to żaden problem odwiedzić cię raz na jakiś czas, skoro mieszkam w pobliżu. Szkoda tylko, że nie było mnie tu wcześniej.
- Nie martw się. Cieszę się, że w ogóle znalazłeś chwilkę, aby do mnie wpaść.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i wredne śmiechy.
- Schowaj się. Oni wrócili.
- Ty powinnaś się schować.
- Oni i tak wiedzą, że tu jestem. Nic mi nie zrobią, natomiast, jeśli zobaczę ciebie to mogą cię zabić.
Szepnęłam zniecierpliwiona do Henriego. Chwilę zwlekał i w efekcie ukrył się dosłownie sekundę, przed przyjściem tamtych.
- Ty, rudy patrz! Ona ciągle żyje. I dalej ma to harde spojrzenie, że jakby mogła to by nas zabiła.
- Gdyby nie była zwykłym dzieciakiem. Co sieroto, nudzi ci się?
- Odpowiadaj, gdy się do ciebie mówi!
Krzyknął ten pierwszy i uderzył mnie tak mocno, że przewróciłam się. Zacisnęłam zęby, ale nic nie powiedziałam. Byłabym w stanie ich pokonać, ale nie chciałam wydawać swoich umiejętności. Gdyby oni nie wrócili, to wysłali by następnych i kolejnych, aż w końcu by mnie zabili. Dopóki jestem tu uwięziona, jestem zdana na ich łaskę.
- Co? Głodna jesteś. Nędzarka siedzi tu sama całymi dniami, to nawet nie ma jak jedzenia zdobyć. Masz trochę chleba.
Powiedział rzucając na ziemię jakąś breję. Opluł ją, roztarł to butem i spojrzał rozbawiony na dziewczynę.
- Wcinaj. Czy może mam cię do tego zmusić?
Byłam wściekła i ledwo nas sobą panowałam.
- Zostaw ją!
Nawet nie zauważyłam, kiedy za nimi pojawił się trzeci gość. Był w takim samym mundurze co jego kompani, ale biło od niego coś innego. Jakby był inny, ale nie potrafiłam powiedzieć dlaczego. Wokół niego wirowała niebieska magia, a koło tamtej dwójki czerwona i praktycznie były tylko jej opary. My i oni byliśmy różni, ale to magia dostosowywała się do właściciela. Mogło być jej więcej lub mniej, a kolor był uzależniony od charakteru. Niestety jeszcze nie potrafiłam doskonale nazwać kolorów. To jest rzecz, której będę musiała się jeszcze nauczyć.
- Oj Gaweł daj spokój. Daj nam się chwilę zabawić. Sam wiesz jak nudno jest na patrolach.
- Jakbyś nie wiedział, ona też jest człowiekiem, a nie tylko zabawką.
- Oj weź już przestań.
- Wypad mi stąd!
- Gaweł…
- Wypad, ale już!
Krzyknął na tyle donośnie, że obydwaj niemal polecieli do wyjścia. Ten pierwszy jedynie odwrócił się i fuknął. Gaweł patrzył w tamtym kierunku, a gdy upewnił się, że odeszli ukucnął przy mnie i wyciągnął w moim kierunku rękę. Odruchowo cofnęłam się, a on opuścił swoją dłoń.
- Nie bój się mnie. Nie zrobię ci krzywdy.
- Nie ufam nikomu, kto nosi mundur.
- Mam go zdjąć byś mi zaufała?
Spytał się żartobliwym tonem zbijając mnie z tropu. Spojrzałam na niego zdziwiona i jego kpiarski uśmiech, który zaczynał mi się podobać. Dumna i zła, jeszcze szybciej odwróciłam głowę.
- Odpuść sobie. Niezależnie czy go na sobie będziesz miał, czy nie i tak będziesz należał do nich.
- Czyli mi nie zaufasz.
Nie odpowiedziałam. Nie musiałam. Długo po prostu patrzył na mnie, ale starałam się mieć odwróconą głowę.
- Często zdarzają ci się takie sytuacje jak ta?
- Zbyt wielu was jest, aby zdarzały się rzadko.
- Czy któryś z nich cię skrzywdził?
- Naprawdę sądzisz, że żywiłabym do was wszystkich urazę, gdybym choć raz nie została skrzywdzona?
- Kto?
- Nie będę ci wymieniać wszystkich co choćby na mnie krzywo spojrzeli, bo dzień jest za krótki.
Dalej tylko na mnie patrzysz. Byłam zła. Ale sama już nie wiedziałam, czy na niego, czy na siebie, że nie potrafiłam przestać mówić.
- Długo tu jesteś?
- Prawie jedenaście lat.
- Dlaczego nigdy nie odeszłaś?
- Bo zostałam uwięziona.
Odparłam cicho ze smutkiem i pozwoliłam sobie spojrzeć na niego. Miał piękną twarz. Wspaniałe włosy. Ale był po tamtej stronie. Pokręciłam z niedowierzaniem w myślach głową. Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy kiedy usłyszałam za sobą hałas. Momentalnie Gaweł się podniósł na równe nogi i wyciągnął broń. Przez ramię zobaczyłam, że to Henri niezgrabnie przypadkiem wypadł z kryjówki. Wstałam i zagrodziłam drogę, gdy tylko Gaweł chciał tam podejść.
- Mam rozkaz, aby zabijać każdego, kto nie jest w swoim domostwie.
- Jeśli chcesz go skrzywdzić to najpierw musisz zabić mnie.
- To nie powinno być trudne, patrząc na to co mówią.
- To może być trudne patrząc na to ile miałam wolnego czasu by tego i owego się nauczyć.
- To czemu się nigdy nie broniłaś?
- Bo przyszło by więcej was, a w którymś momencie byłoby za dużo osób, bym mogła wygrać. Inaczej by było, gdybym miała drogę ucieczki.
- Dlaczego chciałabyś dla niego ryzykować, skoro sama dla siebie byś tego nie zrobiła?
- Ponieważ to się nazywa solidarność. Bronię tego kto jest mi bliski. Każdy mój rodak zasługuje na ochronę, a jego życie jest ważniejsze niż moje.
- Dlaczego?
- Bo on je ma, a ja tylko egzystuję.
Pokręcił głową na boki i schował broń. Dalej byłam spięta. Nie ufałam mu.
- Powiedz mi jeszcze raz, czemu nie możesz stąd odejść.
- Przez silny czar.
- Jaki?
- Wiążący mnie z tym miejscem. Został rzucony przez jednego z waszych i nie mogę oddalić się od tego budynku dalej niż na pół kilometra.
- A jak chcesz iść dalej?
- Mam opór. Jakby ktoś zbudował niewidzialne ściany. Nie jestem w stanie ich przekroczyć.
- Jak się nazywała osoba, która rzuciła czar?
- Dlaczego miałabym ci powiedzieć?
- Bo tylko znając jego imię i nazwisko mogę zdjąć czar.
Długo patrzyłam na niego niepewna. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zszokował mnie.
- Tylko podaj jego dane. Co ci szkodzi?
Spytał się. Spojrzałam na niego i z westchnieniem odprężyłam się lekko. Zamknęłam na chwilę oczy i po chwili je otworzyłam już całkowicie zrelaksowana.
- Pawlov Pirtkowski.
Zmarszczył brwi, gdy usłyszał nazwisko, ale uśmiechnął się do mnie wesoło.
- Dziękuję, że mi zaufałaś.
Powiedział cicho i zaczął mówić słowa zaklęcia. Prawie wszystkie rozumiałam i wiedziałam, że to bardzo silny czar. Na jaki tylko niewielu miałoby siłę. On jednak miał. Skończył wymawiać słowa i skierował niebieską falę mocy w moim kierunku. Siła tego odrzuciła mnie w tył. Złapał mnie zanim upadłam i położył ostrożnie na ziemi. Robiłam się śpiąca.
- Trzymaj to.
Powiedział wręczając mi do ręki płącze.
- Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, to do mnie zadzwoń. Jestem Gaweł Mińkowolski.
Spojrzał na Henriego i odezwał się ponownie.
- Pilnuj jej. Koło wieczora odzyska świadomość. Strzeż ją jak siebie samego, albo jeszcze lepiej. Niech włos jej z głowy nie spadnie.
Ponownie zerknął na mnie. Moje powieki robiły się ciężkie. Z miłym uśmiechem odgarnął włosy z mojej twarzy. Pochylił się, pocałował mnie w czoło. Podniósł głowę. Ktoś chyba go wołał. Spojrzał na mnie ostatni raz i odszedł, a ja zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz