piątek, 27 października 2017

Wojna ras - Rozdział 6

Mieliśmy lekkie zmiany w harmonogramie, bo było coraz więcej punktów w które chodziliśmy po zapasy. Osobiście chodziłam tylko do Stefana, a tak to robiłam własne kursy, do odpowiednich osób po informacje.
- Wiktoria!
Spojrzałam w stronę Huberta. Był wystraszony.
- O co chodzi?
- Wampiry. Dużo wampirów. Zbliżają się!
- Do naszej kryjówki?
- Tak!
Rozejrzałam się w koło. Nie jesteśmy jeszcze gotowi na walkę. Musimy się ukryć. Wskoczyłam na najbliższy stół.
- Weźcie wszystkie rzeczy i biegiem za kotarę!
Wcześniejsze ćwiczenia organizacyjne pozwoliły na szybkie przemieszczenie. Minutę później wszyscy byli za kotarą. Skupiłam się i wzdłuż niej ustawiłam tarczę nie przepuszczającą dźwięku, zapachu, czy obrazu, tylko jak w lustrze weneckim działało to w jedną stronę.
- Niech nikt nie waży się ruszyć kotary, czy wyjść poza nią!
Krzyknęłam, tak by wszyscy mnie usłyszeli. Byli cicho, nie potrzebowałam wiele, aby mnie usłyszeli. Stanęłam w miejscu gdzie kotara się kończyła, abym mogłam widzieć większość sali.
Usłyszałam skrzypienie drzwi wejściowych. Wchodzili do naszej kryjówki. Miałam nadzieję, że o niczym nie zapomniałam. Weszło dwóch wampirów i zaczęli rozglądać się po wszystkich kątach. Dostrzegli włącznik światła. Tak, o tym też ktoś pomyślał. Trochę dziwne by było, gdyby wchodzili do jasnego pomieszczenia.
- Jest bezpiecznie. Nikogo tutaj nie ma.
Troszkę się rozluźnili, chociaż nadal uważnie rozglądali się po pomieszczeniu. Zaczęli wchodzić następni. Pojedynczo, bo drzwi było wąskie. Piąty… szósty… siódmy… dwudziesty… trzydziesty… pięćdziesiąty… Ilu ich jeszcze jest? W sumie naliczyłam ich siedemdziesięciu czterech. Mniej niż nas, ale to były wampiry. Nie wiem jakie mielibyśmy z nimi szanse. Może przez efekt zaskoczenia pokonalibyśmy ich, ale po naszej stronie byłoby wiele strat. Nie odważę się na to… Jeszcze.
- Przystępujemy do działania?
Spytał się mnie Dominik. Spojrzałam na niego uważnie.
- Jeszcze nie. Przybyli tutaj w jakimś konkretnym celu. Nie chodziło im o nas, bo wiedzieli by o naszym istnieniu. Warto byłoby się dowiedzieć o co chodzi. Na działanie mamy jeszcze czas. Tymczasowo nie czują się jeszcze pewni siebie. Ciągle się rozglądają. O wiele lepiej nam pójdzie jeżeli się zrelaksują i będziemy mogli ich zaskoczyć.
Pokiwał mi w zamyśleniu głową. Nasza rozmowa od razu została szeptem przekazana dalej.
- To będzie dobre miejsce.
Jeden z wampirów się odezwał. Stanął na jakimś podwyższeniu. To on nimi przewodził.
- Cieszę się, gdy widzę, że nasza ekipa zaczyna się rozrastać. Nim będzie nas więcej tym większe będziemy mieli szanse, aby odnieść sukces. Tak samo jak wam, nie podoba mi się dyktatura Kana. Zniszczył całą Ziemię. Uwięził wszystkich ludzi. Nie znajdzie się miejsce, gdzie mógł ukryć się jakiś człowiek. Nasze zadanie jest trudne. I z dnia na dzień będziemy coraz słabsi. Musimy się wzmocnić! Musimy…
Przerwał w połowie swojej wypowiedzi. Podążyłam za jego spojrzeniem. O nie…  Jakim prawem zza kotary wyleciała piłka! A za nią wybiegło dziecko! Jego matka rzuciła się do przodu, ale została zatrzymana.
- Ania!
- Trzymajcie ją! Idę po dziewczynkę. I to tyle jeśli chodzi o element zaskoczenia. Miejmy nadzieję, że ich słowa zostały wypowiedziane w tej intencji co myślę.
Wybiegłam za dziewczynką.
- Aniu! Aniu! Chodź do mnie.
Złapała piłkę i odwróciła się do mnie nic nie rozumiejąc. Miała może trzy lata. Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce. Jeden z wampirów podszedł do kotary i rozsunął ją na boki. Na szczęście moja tarcza działała. Nikogo nie zobaczyli. Wypuściłam oddech. Przynajmniej tyle dobrego. Ich przywódca był szczerze zaskoczony. W mgnieniu oka pojawił się przede mną. Zaczął krążyć wokół mnie, jak drapieżnik na około swojej ofiary.
- Jak to jest możliwe?
Nie odpowiadałam na to retoryczne pytanie, tylko mocniej przytuliłam dziecko do siebie.
- Przecież wszyscy ludzie zostali uwięzieni, albo zabici. Jak udało się wam przetrwać!
Stanął przede mną i czekał na odpowiedź.
- Dużo szczęścia.
Patrzył na mnie wyczekująco. Myślał, że powiem mu więcej.
- Szczęście może nie wystarczyć. Jak udało wam się przetrwać? Zdobywać pożywienie? Zadbać o siebie? Nie wyglądasz na wychudzoną, ani zaniedbaną. Może jedynie trochę zmęczoną.
- Szczęście. Poznałam osoby, które mi pomogły.
- Kto ci pomógł?
- To nie jest pytanie na które chciałabym odpowiadać. Teraz moja kolej. Kim wy jesteście? Kim ty jesteś?
Jeśli to możliwe to zaskoczyłam go jeszcze bardziej swoją bezpośredniością. Po chwili pokręcił głową i uśmiechnął się.
- Nazywam się Michał. Należymy to innej rasy.
- To wiem. Nazywamy was wampirami. Krwiopijcami.
- W sumie słuszne określenia. Pewnie wzięły się z waszych legend.
- Które wzięły się pewnie przez waszą nieuwagę i zbyt wielką pewność siebie.
Popatrzył na mnie zaskoczony i wybuchł śmiechem. Jednak nie takim złym, a wręcz… serdecznym?
- Jesteś bardzo odważna.
Uśmiechnął się do mnie. Muszę mieć wolne ręce na wszelki wypadek. Odstawiłam Anię na ziemię i zasłoniłam własnym ciałem. Trzymała się jedną rączką moich spodni, a drugą przyciskała do siebie piłkę.
- I bojownicza jak widzę.
Spięłam się. Ta rozmowa zmierza w złym kierunku.
- Nie martw się, nie zamierzamy cię skrzywdzić.
- A mam ci zaufać, bo?
- Gdybym chciał ci coś zrobić to już byś nie żyła.
Rozejrzałam się w koło, ale szybko wróciłam do obserwowania jego, to on był teraz najważniejszy.
- Słuszna uwaga.
- Hardości ci nie brakuje. Powiedz mi lepiej…
- Nie. To ty mi powiedz co tutaj robicie?
Patrzył na mnie zszokowany. Chyba nie oczekiwał, że ktoś mógłby mu przerwać i czegoś od niego żądać. Jest przyzwyczajony do władzy. Chyba ma pecha. Muszę mieć tylko nadzieję, że mam rację. Kilkoro z wampirów, które nas otaczają mają nałożone przeze mnie bransoletki, większość zielone, ale znalazło się także kilka niebieskich.
- Co tutaj robimy? Obmyślamy plan. Zamierzamy pokonać tyrana, który doprowadził do obecnej sytuacji. Nie chcemy hodować ludzi w klatkach, jak jakieś zwierzęta. Musimy go obalić i przywrócić poprzedni porządek rzeczy.
- Jak zamierzasz to zrobić?
- Walcząc! Pod koniec tego tygodnia będziemy mieli już odpowiedni sprzęt i ich pokonamy.
- Pod koniec tygodnia? Czy będzie was więcej?
Odwrócił na chwilę spojrzenie.
- Nie. To są wszyscy, których udało mi się zgromadzić.
- W takim razie jesteś idiotą.
- Słucham?
- Powiedz mi, ilu wampirów ma na swoje usługi Kan, w samej swojej bazie?
- W samej bazie? Będzie koło tysiąca.
- Naprawdę sądzisz, że uda wam się ich pokonać? Siedemdziesięciu czterech wampirów do tysiąca?
- Gdyby wykorzystać element zaskoczenia.
- No proszę cię. To musieli by mieć rozwalony system obronny, a do tego małą przestrzeń do walki, tak by nie mogło ich walczyć więcej niż pięćdziesięciu na raz. Macie jakieś plany tego budynku?
- No nie.
- Jakiś plan działania?
- Nie.
- Szpiegów wewnątrz?
- Nie.
- Informatorów, co powiedzą wam jeśli coś będzie się działo?
- Nie.
- Hakerów, aby włamali się do kamer bezpieczeństwa.
- Nie.
- Czyli zamierzasz posłać trzy czwarte setki swoich ludzi na rzeź?
- A co mamy zrobić!
Wrzasnął na mnie.
- Stać z założonymi rękami i patrzeć jak ginie ostatni człowiek! Jeśli nie potrzebujecie pomocy, to nie musimy się w to wplątywać, ale dziwnym zbiegiem okoliczności, jeżeli zabraknie was to my także zginiemy!
- Nie mówię o tym, że masz się poddać, tylko, iż powinieneś się bardziej przygotować. Mogę się założyć, że jesteś ode mnie starszy i bardziej doświadczony, a zachowujesz się jak dziecko! Dajesz się ponieść emocjom zamiast na spokojnie przemyśleć. Musicie się wzmocnić. Zdobyć więcej broni. Przynajmniej zarys planu, oraz więcej ludzi.
Zaczął patrzeć na mnie intensywnie. Jakby był na mnie wściekły, że mówię mu o czymś o czym wie od dawna, ale zrobić nie potrafi.
Zaraz, zaraz. Gdzie jest Ania! Rozejrzałam się w koło. Zaczęła biec w stronę reszty. Jeżeli ona tam dobiegnie, to przestaną ją widzieć i zorientują się, że coś jest nie tak!
- Aniu, zaczekaj!
Nie zatrzymała się. Gdyby tylko udało mi się wyłączyć tarczę, tylko na nią, ale wtedy musiałabym zmienić całą strukturą tarczy. Nałożyć ją na poszczególne osoby, a nie jako ścianę. Nie mam teraz na to wystarczająco dużo siły, czy czasu. Biegłam za nią, ale była szybsza. Zniknęła za barierą, a wampiry zaczęły głośno dyskutować. Któryś zaczął się zbliżać do ludzi. Nie uda mi się postawić takiej ściany, aby nie mogli przez nią przejść. Chyba, że… zneutralizowałabym obecną tarczę. Zobaczą wszystkich, ale nie dostaną się do nich. Stanęłam i wyciągnęłam ręce w ich kierunku. Nie zdążę tam dotrzeć przed pierwszym wampirem. Ochronię resztę, ale pozostanę na zewnątrz. Oni są ważniejsi. Skupiłam się i skasowałam poprzednią barierę, aby sekundę później postawić w jej miejscu przezroczystą, której nie da się przebić. Padłam na kolana i zaczęłam głęboko oddychać. Udało mi się!
Niektórzy ludzie cofnęli się o krok. Wszystkie wampiry patrzyły w zdumieniu na naszą ilość. Pierwszy z nich dotarł do bariery. Nie wiedział, że ona tam jest i odbił się od niej. Upadł na ziemię i nic nie rozumiejąc zaczął masować się po głowie. Kolejni próbowali, ale nie zależnie od tego co robili, nie mogli się przebić. Postawienie jej w tak krótkim czasie zużyło dużą ilość moich sił, lecz na szczęście nie czułam poszczególnych uderzeń w nią, od tego byłam odłączona.
- Wiktoria!
Karol próbował się do mnie dostać, ale też zderzył się z tarczą. Działała w obie strony. Nikt nie mógł tam się dostać i nikt nie mógł wyjść.  Michał się do mnie zbliżył i ukucnął koło mnie.
- To twoja robota?
Byłam wykończona.
- Odsuń… się ode mnie.
Spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z połączeniem zdziwienia i zachwytu.
- Jesteś niezwykłą kobietą.
- Jak widzisz nie jesteśmy całkowicie bezbronni.
- Nie wiedziałem, że potraficie takie rzeczy.
- Nowe umiejętności pojawiły się tuż po waszej inwazji.
- One nie mogły pojawić się znikąd. Niektórzy z was musieli je mieć od dawna. Po prostu były w stanie uśpienia, a atak sprawił, że ujawniły się. Ale jak udało wam się tak długo przetrwać? I to w aż tak licznej grupie.
- W grupie siła. Dodatkowo mamy pomoc z zewnątrz.
- Kto wam pomaga?
- Niektórzy z was.
- Gdzie możemy ich spotkać? Jak wielu ich jest?
- To są poufne dane. Nawet w twojej ekipie znalazła się osoba, która nam pomagała.
Spojrzał na nas w zdumieniu.
- Kto?
- On.
Wskazałam na wampira palcem, jednocześnie przekręcając się do pozycji siedzącej. Dalej byłam wyczerpana.
- Marek? Dlaczego nam nie powiedziałeś, o tym jak wielu ich jest?
- Bo nie wiedziałem.
- Jak mogłeś nie wiedzieć!
- On nie kłamie. Każdego dnia zostawiał dla nas pożywienie koło szkoły. Przychodziliśmy po nie, gdy jego już nie było.
- Jak wiele osób jeszcze wam pomaga?
- Nie mogę tego powiedzieć.
- Dlaczego? Mogliby nam pomóc w odbiciu waszego świata!
- Bo są podwójnymi agentami. Pomagają nam, ale działając pod przykrywką zbierają informacje.
- Informacje?
- Tymczasowo nie jest tego wiele, bo nie mam jeszcze człowieka w pałacu Kana, ale powoli zbliżam się do jego okolic.
- Czego się dowiedziałaś?
- Z wiadomości najnowszych? Że zdają sobie sprawę, iż istnieją jeszcze ludzie na wolności i ciągle trwa likwidowanie ich. Zaczynają też się pojawiać pogłoski o zdrajcach. Byliście zbyt głośno. Kan kazał zrobić rejestr wszystkich swoich ludzi, aby zorientować się ilu z nich mu brakuje. Prawdopodobnie dzisiaj koło wieczora będzie miał już liczby.
- To źle. To znaczy, że powinniśmy szybko zacząć działać!
- Wprost przeciwnie.
Patrzył na mnie nic nie rozumiejącym wzrokiem.
- Rozpuszczę plotki o tym, że to nie prawda. W Ameryce w New Yersey było powstanie. Wszyscy zginęli. Zdarzyło się to wczoraj. Raport dopiero dociera do Kana. Zamierzamy go przejąć i zmienić liczby. Uzupełnimy ilość wampirów co zginęli, o was. Tymczasowo ma tylko statystyki liczbowe. Zanim pomyśli o nazwiskach to minie jeszcze kilka miesięcy. Jest bardzo stary i przyzwyczajony do tego, aby działać wolno. Daje nam to czas, aby móc się wzmocnić.
- Ale jak zamierzasz się wzmocnić?
- Tak jak to robiłam do tej pory. Osoby, które już tu są – trenują. Ci najlepiej wyszkoleni szukają sojuszników, oraz wszystkich ludzi, którzy jeszcze ocaleli.
- I co ci to da? Skoro Kan na bieżąco będzie wiedział o każdym zniknięciu?
- O to właśnie chodzi. Jeśli będziemy działali po cichu, to się nie dowie. Trochę czasu minie zanim znowu pomyśli o zrobieniu kolejnych statystyk. Musiałby mieć jakiś powód.
- A jak teraz zamierza sprawdzić, ilu się odłączyło?
- Wiedział ilu przystępuje do wojny. Ma raporty o wszystkich co zginęli, dodatkowo spis osób które z nim współpracują. Raport z New Yersey jest ostatni. Odejmie od tych co byli, liczby które zebrał i wyjdzie mu ilu jest tak zwanych zdrajców. Podejrzewam, iż jeśli liczba będzie minimalna, to zostanie to wytłumaczone jako niedociągnięcie z czyjejś strony, ale nie podejmie działań.
- Czyli jeśli będziemy cicho, to przetrwamy?
Zapytał się mnie cicho.
- Tak.
Odpowiedziałam i zamknęłam na chwilę oczy.
- Jesteś wyczerpana. Postawienie tego muru musiało cię trochę kosztować. Dlaczego to zrobiłaś?
- Bo nie wiem, czy mogę wam ufać.
- Jesteśmy po tej samej stronie barykady.
- Wolę dmuchać na zimne.
- Ale ty zostałaś po tej stronie.
- Nie zdążyłabym tam dobiec przed pierwszym wampirem, więc miałam do wyboru. Zostać z wami, lub uwięzić ludzi z jednym z was.
- Naraziłaś się na niebezpieczeństwo.
- Tym się nie martwię. Nawet jeśli zginę to tarcza przetrwa, bo nie czerpie siły ode mnie.
- Ty dalej mówisz o innych, a ja mówię o tym, że TY naraziłaś się na niebezpieczeństwo.
- Jedna osoba, a prawie trzy setki. Wybór jest niemal oczywisty.
- Mimo wszystko jesteś niezwykła. Sądząc po twoim zachowaniu, to tobie udało się ich wszystkich ochronić.
- Bez współpracy by się nie udało.
- Ale jednak to ty jesteś ich szefem.
- Można tak to określić.
Uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Jednak reszta pytań musi zaczekać, jestem niesamowicie śpiąca.
Ledwo dokończyłam swoją wypowiedź i poczułam jak głowa leci mi do tyłu. Zasnęłam.

Poprzedni                  Następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz