wtorek, 7 listopada 2017

Z pogranicza szaleństwa - Rozdział 5

Wstałam o dziwo wypoczęta. Tylko trochę byłam głodna, ale w porównaniu do tego co było wcześniej, to był pikuś. On od razu zareagował jak się obudziłam i delikatnie odgarniał moje włosy z karku. Pocałował mnie w szyję i spojrzał w  moje oczy z iskierkami radości.
- Dzień dobry słoneczko.
- Też cię witam. O co chodzi z tym słoneczkiem?
Nie odpowiedział, tylko puścił mnie, abym mogła już wstać. Spojrzałam na niego, ale nie wyglądał, jakby chciał odpowiedzieć. Westchnęłam i udałam się do kuchni. Zrobiłam sobie kilka kanapek i wypiłam do tego herbatę. Tym razem nie nalegał, aby wszystko zrobić, tylko siedział na krześle i obserwował mnie.
- Czemu się tak uśmiechasz? Co ci tak wesoło?
- Mi?
- Tak, tobie.
- A tak sobie. Nie wolno mi być wesołym?
- Wolno, wolno, ale czy jest może jakiś powód?
- Jak się patrzy na tak piękną kobietę, tak skąpo ubraną to powody same się nasuwają.
Zarumieniłam się i odwróciłam głowę. Jednak zmieniam zdanie, ta piżama jest wyzywająca. Zaśmiał się ze mnie cicho i wstał. Podszedł do mnie, przytulił się łapiąc mnie ręką w pasie, a drugą odgarnął włosy z szyi. Pocałował mnie prosto w żyłę i kilka sekund krążył po pulsie językiem. Po chwili jednak się opanował i dalej patrzył na mnie radosny. Rozkojarzył mnie jednak tym na tyle, że przejechałam nożem po palcu. Podniosłam odruchowo rękę do góry, aby włożyć ją do ust, ale on złapał mnie za nadgarstek i dotknął językiem rany. Wziął te kilka kropli krwi i zamknął rozcięcie. Spojrzałam zamyślona na palec.
- Dziękuję. Twoja ślina potrafi uleczyć rany?
- Tak.
- Nawet głębokie?
- Tak.
- To dlaczego mi wcześniej nie mówiłeś?
- Bo nie pytałaś.
- Eh… tobie wszystko zawsze trzeba mówić drukowanymi literami?
- Nie zawsze.
Westchnęłam, a on zaśmiał się cicho i pocałował mnie znowu w szyję tym razem bardzo delikatnie i krótko.
- Niedługo, jak się ściemni, powinienem wyjść, aby zapolować. Nie powinienem tak ciągle pić od ciebie, bo to może być dla ciebie nie zdrowe. Chyba, że dawałbym ci własną krew w zamian, ale to mogłoby spowodować przemianę, a niekoniecznie musiała byś chcieć zostać wampirem.
- Najpierw będzie trzeba wyleczyć do końca twoje rany. Zostały ci jeszcze dwa rozcięcia. Zszyłam je, ale w przeciwieństwie do reszty bardzo wolno się zrastają.
- Bo był użyty srebrny nóż. Mój organizm w pierwszej chwili walczy, aby się pozbyć tego pierwiastka, dopiero wtedy zajmie się rozcięciem.
- Ale twoja ślina, powinna przyśpieszyć gojenie.
- Moja ślina jest lecznicza tylko chwilę po kontakcie z krwią.
- Czyli?
- Jeśli wezmę choć kroplę czyjeś krwi to moja ślina leczy, bez tego nie ma takich właściwości.
- No to dam ci jakąś krople, abym mogła ci zakleić te rany, zaraz po tym, jak wyciągnę nitkę.
- Dałabyś mi krew dobrowolnie, tylko po to, bym się szybciej uleczył?
- Phy… tyle razy już ci krew oddałam, że jeden raz, zwłaszcza, gdy się kontrolujesz, nic nie zmieni.
Spojrzał tylko zamyślony, ale nic nie odpowiedział. Odsunęłam się trochę, niosąc kanapki na stół. Puścił mnie i usiadł na krześle obok. W ciszy i zamyśleniu skonsumowałam śniadanie i udałam się do łazienki. Odświeżyłam się szybko i przebrałam w suche już ubrania. On leżał na łóżku, ale podniósł się do pozycji siedzącej jak tylko weszłam do pokoju. Wzięłam swoją apteczkę i usiadłam koło niego.
- To może troszkę boleć.
Nie odpowiedział, a ja nawet na to nie liczyłam. Powoli zaczęłam wyjmować nitkę z rany na jego sercu, a potem zabrałam się za tą na jego udzie. Spojrzałam na chwilę na niego, wzrok miał wygłodniały, ale coś mi mówiło, że tym razem nie chodziło o krew, potwierdzenie mogłam łatwo widzieć, przez fakt, że ciągle miał na sobie tylko bokserki. Zarumieniłam się trochę, ale nic nie powiedziałam, dopóki nie skończyłam roboty.
- Dobrze. To teraz mnie ugryź, abym mogła zaleczyć te twoje rany, może być tym razem nadgarstek?
Nic nie powiedział. Ciągle tylko wpatrywał się w moją twarz. Po chwili sięgnął po moją rękę i złapał mnie za nadgarstek. Jęknęłam z bólu.
- Ale nie ten nadgarstek.
Jego wzrok się zmienił. Spojrzał na moją rękę i na bandaż, który tam się znajdował. Zmarszczył brwi i odezwał się.
- Co to jest?
- Bandaż.
- To widzę, ale po co?
- Bo mam ranną rękę.
Spojrzał na mnie zamyślony, jakby się nad czymś zastanawiam.
- Ja ci to zrobiłem?
Nie odpowiedziałam, tylko odwróciłam głowę. Dwoma palcami złapał mój podbródek i odkręcił moją głowę w swoim kierunku tak, że nie byłam w stanie nie patrzeć mu w oczy.
- Odpowiedz. Czy ja ci to zrobiłem?
- Tak.
- Co dokładnie? Opowiedz.
W jego głosie można było niemal wyczuć złość, stanowczość i przymus. Nie byłam w stanie zrobić nic innego jak mu odpowiedzieć.
- Pierwszego dnia. Złapałeś mnie za ręce. Nie byłam w stanie utrzymać się na nogach. Przewróciłam się łamiąc sobie rękę w nadgarstku. Nie miałam niczego, czym mogłabym sobie usztywnić, więc tylko zabandażowałam.
- Czemu nic nie mówiłaś?
- Bo nie pytałeś, po za tym co by to zmieniło?
Spojrzał tylko na mnie zły. Zaczął powoli odwijać bandaż. Delikatnie, aby tylko mnie mocniej nie zranić. Cały nadgarstek miałam obolały i spuchnięty, a którejś nocy z powrotem się przestawiło i powinnam ponownie nastawić, ale nawet nie miałam na to siły i ochoty. Zamyślony patrzył na moją rękę. Po chwili uniósł ją do swoich ust. Delikatnie ukłuł kłem opuszek i zlizał kilka kropli. Poczekał chwilkę i zaczął lizać cały mój nadgarstek. Na początku przeszedł mnie dreszcz, ale o dziwo nie czułam bólu. Na chwilę się oderwał, nastawił moją rękę co spotkało się z jękiem z mojej strony i ponowił lizanie całej spuchniętej powierzchni. Ze zdziwieniem patrzyłam jak opuchlizna stopniowo znika. Skóra robi się coraz bardziej blada, a nie niebezpiecznie zaczerwieniona. Siniak znika, a bólu już nie ma. Po chwili puścił moją dłoń, delikatnie odkładając na swoje kolano. Podniosłam ją i obejrzałam ze wszystkich stron. Dotknęłam, pokręciłam nadgarstkiem i okryłam, że ręka jest całkowicie zdrowa. Spojrzałam na niego, dalej zszokowana.
- Dziękuję.
Uśmiechnął się do mnie, ale tylko delikatnie.
- Gdybyś powiedziała wcześniej, to już dawno, by ci minęło, a tak to musiałaś cierpieć i to przeze mnie… Przepraszam.
Otworzyłam już usta, aby odruchowo zaprotestować, ale mi przerwał.
- Tylko mi nie mów, że nie trzeba. Powinienem to zrobić i to już dawno. Nie dość, że powinienem cię przeprosić, za to jaki brutalny byłem, gdy piłem krew, jaki byłem bez serca kiedy nie chciałem ci pomóc, jak musiałem cię wystraszyć nie raz, jak wyczerpałem twój organizm, za to ile razy cię osuszyłem niemal do końca, za to ile siniaków, otarć i zadrapań się przeze mnie nabawiłaś, za to, że złamałem ci rękę. W ogóle powinienem cię teraz wysłać do domu, ale jestem zbyt słaby, aby to uczynić i nie potrafiłbym sobie teraz wyobrazić jak mógłbym cię odesłać. Powinienem ci też podziękować za twoją cierpliwość, pomoc, za to że mnie uratowałaś, jaka byłaś wrażliwa, że najpierw myślałaś o mnie, a potem o sobie, choć powinnaś odwrotnie, za to, że wróciłaś, że przy mnie jesteś, że nigdy się nie złościłaś, byłaś tolerancyjna, przyjęłaś to wszystko z odwagą, współczuciem i sercem. Dziękuję ci za to, że jesteś i przepraszam za to że żyję.
Znowu chciałam się odezwać, ale nie zostało mi to dane. Przykrył moje usta swoim palcem.
- Nie mów nic. Po prostu przyjmij moje słowa do wiadomości. Postaram się, aby więcej już nie zawadzić, abym więcej nie musiał cię już przepraszać. Mam też nadzieję, że zostaniesz ze mną jak najdłużej, chociaż wiem, że to egoistyczne z mojej strony i że nie powinienem o to prosić, ale jednak będę.
Patrzył na mnie niemal błagalnie. Powoli zdejmował palec z moich ust, a ja miałam całkowity mętlik w głowie i zero pomysłu co mam mu odpowiedzieć.
- Wiesz… Jestem lekarzem. Jak tylko wyzdrowiejesz i upewnię się, że wszystko z tobą w porządku to wrócę do swojej pracy, ale jeśli chcesz to będę mogła cię odwiedzać.
Jego mina była niemal rozpaczliwa. Jego oczy na chwilę zrobiły się czerwone, ale po chwili znowu przyjęły swój naturalny kolor. Przyciągnął mnie do siebie mocno, tak, że prawie oddychać nie mogłam.
- Nie chcę żebyś odchodziła. Jestem w stanie nawet specjalnie zrobić sobie krzywdę, abyś tylko została dłużej.
- Nie zostałabym wtedy, bo uznałabym, że jesteś chory psychicznie.
Uśmiechnęłam się pod nosem perfidnie. Odchylił mnie na chwilę, aby spojrzeć na moją twarz i też na chwilę się uśmiechnął. Potem znów był poważny i ponownie mnie przytulił.
- Naprawdę nie chcę się rozstawać. Bez ciebie moje życie będzie takie jałowe. Nie mogę znieść myśli, że byłabyś daleko ode mnie.
- To nas nigdzie nie zaprowadzi. Będę musiała w końcu wrócić do swojego mieszkania. Mam swój dom. Znam dużo ludzi, którym mogę pomóc. Chciałabym też wrócić do pracy.
- Nie chcę się z tobą rozstawać.
- To będzie dopiero za jakiś czas.
- Kiedyś ktoś mi mówił, że każda sytuacja ma co najmniej dwa wyjścia, ale nie zawsze wszystkie dostrzegamy, lub nie chcemy ich widzieć. Może istnieje jeszcze jakieś rozwiązanie? Kompromis.
- Nie we wszystkich sytuacjach można zrobić coś innego.
- We wszystkich. Zwykły przykład, mogłaś mnie zostawić tamtego dnia, albo uratować. Wybrałaś to drugie.
- Zwykły przykład. Byłam głodna, pilnowana, chciałam coś zjeść. Poleciałam do sklepu. Nie było drugiej opcji. No chyba, że chodzi ci o tą w której umieram z głodu i pragnienia.
- Na pewno była. Tylko wtedy jej nie widziałaś. Skup się, pomyśl, na pewno na coś wpadniesz.
Odsunął mnie na chwilę od siebie i patrzył wyczekująco. Zamknęłam oczy i zaczęłam myśleć. Analizując. Miałam pieniądze, nie powinnam wychodzić z mieszkania, byłam zmęczona, głodna i spragniona. Jak mogłam zdobyć jedzenie i picie bez wychodzenia z domu? Palnęłam się w głowę i otworzyłam oczy.
- Mogłam zamówić pizzę, albo coś innego do domu. Raczej byś nie protestował, gdybym otworzyła drzwi, aby odebrać zamówienie.
Uśmiech rozlał się po jego twarzy.
- Raczej nie. Widzisz? Było inne wyjście. Tylko nie dostrzegłaś go w porę.
- Było, ale ja głupia byłam.
- Nie byłaś głupia. Zapamiętaj to sobie. Jesteś bardzo inteligentna. Po prostu nie każdy jest w stanie myśleć o wszystkim, gdy jest ledwo żywy.
Patrzył głęboko w moje oczy jakby chciał dzięki nim dowiedzieć się czy zrozumiałam. Pokiwałam tylko delikatnie głową.
- A nie możemy o tym później pomyśleć? Na przykład wtedy, kiedy będę musiała już wracać?
Dalej patrzył na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Westchnął i zrezygnowany pokiwał głową. Uściskałam go jeszcze raz i wstałam.
- No to co? Idziemy na podbój ulicy, abyś się w końcu najadł.
- Jak to idziemy? Nie będziesz patrzeć jak się na kimś pożywiam.
- Wolę patrzeć, niż żeby ktoś zginął, bo się przestaniesz kontrolować.
Wstał i położył swoje ręce na moich ramionach i spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nigdy, przenigdy nie przerywaj wampirowi, kiedy się pożywia. Może ci zrobić większą krzywdę niż jesteś sobie w stanie wyobrazić.
- Nie boję się ciebie i nie odwrócę się od potrzebujących ludzi tylko dlatego, że może coś mi się stać.
- No to jesteś głupia!
- Brawo, już to mówiłam, ale mnie zanegowałeś. Pomyśl, gdybym taka nie była to już byś nie żył, więc przestań się rzucać.
Patrzył ciągle na mnie złym wzrokiem, a jego ręce coraz mocniej ściskały moje ramiona. Jego oczy robiły się coraz bardziej czerwone. Po chwili się uspokoił. Wziął kilka wdechów i jego tęczówki znowu zyskały jego naturalny kolor.
- Przepraszam. Znowu.
- Nie masz za co. Po prostu nie naskakuj tak na mnie więcej. W ramach zadośćuczynienia, pójdę z tobą na polowanie.
Nie był tą myślą zachwycony, ale przynajmniej się nie sprzeciwiał więcej. Pozwolił wykorzystać swoją ślinę do uleczenia się. Zarzucił w końcu na siebie jakieś ubrania i pokazał mi drzwi. Z uśmiechem założyłam buty i wyszliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz