- Pobudka! No już wstawaj księżniczko! - Usłyszałam nad sobą jakiś radosny głos. Jęknęłam otwierając oczy i zobaczyłam Nicolasa.
- A czy to nie ty mi mówiłeś, że powinnam odpocząć?
- To było trzy dni temu.
Mam ci coś do powiedzenia. - Zobaczyłam powagę na jego twarzy więc
spróbowałam wyplątać się z objęć Sławka.
- Nie musisz się podnosić do rozmowy z nim. - Westchnęłam tylko i wtuliłam się mocniej w Sławka patrząc na Nicolasa.
- Po naszej ostatniej
rozmowie cały czas miałem wrażenie, że coś mi nie gra. W koło siebie
wszędzie widziałem podobne miny czy reakcje. Nagle mnie olśniło. Antonio
przybył tutaj praktycznie w tym samym czasie co pojawiła się epidemia.
- Pierwszy przypadek pojawił się zanim przybył, więc to nie może być jego wina.
- Nie. Nie przerywaj.
Bardziej chodziło mi o jego reakcję. Gdybym przybył tutaj i jeszcze tego
samego dnia dowiedział się, że coś nie gra, a po paru dniach dostał
informację, że to epidemia to wziął bym nogi za pas i uciekł razem z
całym stadem. Tym czasem Antonio został. Początkowo myślałem, że ma to
związek ze mną. Że po prostu zaufał, iż skoro chwilę już tu siedzę i
jestem bardziej dominujący niż on to wiem co robię. Postanowiłem jednak z
nim porozmawiać. Dość szybko odkryłem, że coś ukrywa, a po obiciu mu
szczęki dowiedziałem się co.
- Nie mów mi, że go pobiłeś.
- Przecież tego nie
mówię, bo jeszcze musiałabyś coś z tym zrobić. Wracając do mojej
opowieści. Antonio nie uciekł, bo spodziewał się epidemii.
- Ale jak to?
- Dzięki temu. -
Powiedział triumfalnie Nicolas wyciągając jakąś starą książkę. - Ponoć
są w niej opisane historie, które dość jasno opisują, że za każdym
razem, gdy zostaną połączone rasy to dochodzi do tego typu epidemii.
- Jest tam powiedziane co to za choroba?
- Wiem tylko tyle,
reszty może dowiesz się z książki. - Szybkim ruchem zabrałam mu ją i
usiadłam chcąc mieć wygodniejszą pozycję do czytania. Jednak zanim
otworzyłam książkę, to się zawahałam.
- Coś się stało? - Spojrzałam na Sławka, który zmartwionym spojrzeniem na mnie patrzył.
- A co jeśli w tej książce jest opisane jak uratować chorych? Co jeśli dokonałam egzekucji, a dało się tego uniknąć?
- Będzie to znaczyło, że Antonio jest najbardziej egoistycznym dupkiem jaki chodzi po ziemi.
- A czemu nie przekazał nam tej książki?
- Uznał, że nie ma
żadnych ważnych informacji. - Otworzyłam książkę, ale nie rozumiałam z
niej nawet słowa. Spojrzałam z nadzieją na Sławka. Wziął mnie na kolana i
położył brodę na moim ramieniu.
- Mogę tłumaczyć trochę pokracznie, ale dawno nie miałem styczności z tym językiem.
- Dobrze, czytaj.
- Nazywam się Friderick
Schtaum i chcę tutaj spisać to czego się dowiedziałem, ale może jednak
zacznę od moich pobudek. Mieszkałem wraz z żoną i dziećmi w małym
miasteczku Brandersburgu. Wyjechałem na parę miesięcy na targ. Kiedy
wróciłem okazało się, że panuje tam dość dziwna epidemia, która
spowodowała, że duża część wampirów i wilkołaków zdziczała. Uciekłem
stamtąd nie oglądając się za siebie i opowiedziałem co widziałem
pobliskiemu lordowi. Na dalsze wydarzenia nie miałem już wpływu, więc
cała moja ojczysta wieś spłonęła. Przez lata nękały mnie wyrzuty
sumienia, aż postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej. Do tej pory nie
udało mi się odkryć czym tak naprawdę jest ta epidemia. Na czym polega,
oraz jak ją powstrzymać. Może jednak jeśli zbiorę o niej wszelkie
opowieści jakie udało mi się usłyszeć to ktoś ode mnie mądrzejszy
zrozumie na czym problem polega i zatrzyma koło wydarzeń, które
nieustannie powtarza się od wieków. - Zrozumiałam, że istnieje szansa,
iż nie zrozumiem tego co jest tam napisane dlatego usiadłam przed
laptopem i na bieżąco spisywałam tłumaczenie Sławka. Do obiadu cała
książka była przepisana. Nie była aż tak obszerna jak wydawało mi się na
początku. Miała od cholery informacji, ale w większości tylko to czego
już sami się dowiedzieliśmy. Połowy opowieści czy anegdot nie
rozumiałam. Miałam wątpliwości czy sam autor wiedział co spisuje. Całość
wysłałam do Igora z prośbą o wydrukowanie jak największej ilości
egzemplarzy i udostępnieniu wersji elektronicznej na tyle, by inni mogli
czytać. Udałam się także do pokoju nosicieli z kilkudziesięcioma
egzemplarzami książki.
- Co to jest?
- Książka opowiadająca
historie podobnych sytuacji jaka zastała nas. Przeczytajcie jeśli
możecie. Przyjdę po kolacji posłuchać jakie macie propozycje.
- Dlaczego my?
- Bo macie najwięcej
wolnego czasu i największe parcie na rozwiązanie problemu. -
Uśmiechnęłam się do nich szeroko i wyszłam z pomieszczenia. Nawet nie
było potrzeby zamykania pokoju. Po prostu grzecznie siedzieli w środku
zdając sobie sprawę z tego jakim zagrożeniem jest zwiększanie ilości
zarażonych. Tak jak obiecałam wróciłam do nich jak tylko zjadłam.
Usiadłam na ziemi i oparłam się plecami o ścianę.
- Słucham.
- Większość tych historii kończy się podobnie. Nie udało się nikogo uratować. Zabili zarażonych, aby zakończyć epidemię.
- Tego wolałabym uniknąć. Czego jeszcze się dowiedzieliście?
- Epidemia pojawia się za każdym razem, gdy wszystkie trzy rasy próbują razem mieszkać.
- Pojawia się stosunkowo szybko, chociaż zwykle potrzeba lat, a u nas wystarczyły miesiące.
- Pewnie kwestia ograniczonej przestrzeni. Tam mogli zajmować całe miasto.
- Nie mniej jednak musi
istnieć jakieś rozwiązanie. W końcu na samym początku wszystkie rasy
żyły wspólnie i to przez wieki. Musiały sobie jakoś radzić z tą chorobą.
- Chyba, że wcześniej jej nie było.
- Opowieść z terenów Grecji sugeruje, że szukali rozwiązania w dziejach starego świata, bo wtedy ta choroba była powszechna.
- Niby powszechna, ale umieli ją okiełznać.
- Czyli musi istnieć jakikolwiek sposób na to by wyleczyć.
- W niektórych miastach za czasów niewolnictwa znakowali ludzi.
- A w jeszcze innych palili na stosie, bo był to jedyny skuteczny sposób na pozbycie się choroby.
- Jedynym skutecznym było trzymanie ras oddzielnie.
- Poczekajcie chwilę. - W mojej głowie zaczęła się gonitwa myśli. - Ludzie byli znakowani.
- Tak, jak bydło.
- Istniały też opowieści, że chorzy nie zawsze chcieli płonąć.
- Tak.
- A co jeśli te próby były po to by oddzielić zdrowych od chorych?
- Nie rozumiem.
- Zdrowi byli znakowani
jak bydło, żeby jakoś odróżnić ich od chorych. Aby było wiadomo czyją
krew można pić. Sławek, czym znakowano w starych czasach?
- Rozgrzanym żelazem. - Odpowiedział zdziwiony wzruszając ramionami.
- Chyba mam pomysł.
Zgodzicie się na drobne oparzenia w ramach eksperymentu? - Popatrzyli na
mnie zdziwieni, ale pokiwali głowami. - Jak możesz to poproś Wojtka, aby przysłał tutaj któregoś żywiołaka ognia, Karola, oraz skombinował jakieś żelazo na kiju, takie co się nada do oznaczania innych. -
Sławek popatrzył na mnie jak na chorą psychicznie, ale spełnił moją
prośbę. Po chwili cała trójka była w tym pomieszczeniu, a Wojtek
przekazał mi kij.
- Kto będzie na tyle
odważny, aby pójść na pierwszy ogień? - Jeden z mężczyzn niepewnie
zbliżył się do mnie. - Rozgrzejesz to? - Poprosiłam żywiołaka. Nikt nie
rozumiał co się dzieje, ale nikt się nie sprzeciwiał. Nagrzał żelazo aż
zrobiło się całe czerwone. Złapałam nosiciela za rękę i przyłożyłam do
jego dłoni. Syknął z bólu i zaczął potrząsać ręką. Jednak ku zdziwieniu
wszystkich poszła z niej para, a po oparzeniu nie został ślad. - Karol,
teraz twoja kolej. - Przyjaciel wyciągnął do mnie swoją rękę. Nie udało
mu się nie skrzywić z bólu. Na jego ręce zostało czerwone oparzenie w
niewyraźnym kształcie jakieś litery, a wokół zaczęły się robić bąble. -
No to zaczynamy zabawę. - Uśmiechnęłam się szeroko do wszystkich. -
Wojtek prosiłabym cię o zorganizowanie pomieszczeń gdzie będzie
przeprowadzana próba. Zaczniemy od osób, które tutaj siedzą. Wszyscy
nosiciele mają być zgromadzeni w jednym miejscu. Zdrowi są wolni. Każdy
kto przejdzie badanie ma mieć odpowiedni status w systemie. W przeciągu
najbliższych dwudziestu czterech godzin wszyscy mają zostać przebadani.
Sprzęt do pobierania krwi po raz kolejny ma zostać wymieniony na nowy.
Każda osoba, która pozytywnie przejdzie test może oddawać krew. Dzięki
temu uda się w końcu zrobić podział. Trzeba uważnie przestudiować
książkę. Może uda się wychwycić informacje na temat tego jak wyleczyć
chorych oraz nosicieli.
- A co w przypadku świeżo zarażonych nosicieli? Choroba może mieć jakiś czas inkubacji.
- Nie słyszałam o tym
aby znaczono jakichkolwiek niewolników wielokrotnie. Albo jest tak, że
ten kto nie zachorował już nie zachoruje bo ma jakieś antyciała. Albo
tym którzy zachorują międzyczasie zniknie blizna.
- Może być tak, że badanie będzie trzeba powtarzać.
- Dopóki nie znajdziemy lekarstwa to lepiej by doświadczyli małego bólu niż żebyśmy wszyscy zginęli.
- W sumie racja. - Po
raz pierwszy od dawna czułam się z siebie dumna. W końcu udało się
uczynić jakiś krok w stronę opanowania epidemii. Wiadomość rozeszła się w
ekspresowym tempie i nikogo nie trzeba było namawiać do badania.
Kolejki ludzi, którzy chcieli jak najszybciej mieć to za sobą ciągnęły
się w nieskończoność. Razem z ekipą, która miała przeprowadzać badanie
zostałam rzucona na pierwszy rzut. Do końca życia nie zapomnę miny
Sławka gdy zobaczył jak oparzenie wyparowuje z mojej skóry.
***Sławek***
Nie mogłem uwierzyć w to
jakim cudem udało jej się cokolwiek zrozumieć z tych bajek na dobranoc.
Tym bardziej jak żelazo może pomagać w odsiewie ludzi. Jednak dopiero
gdy dotarło do mnie, że Wiktoria jest nosicielem. Moja mała, silna
kobieta jest chora. Moja uparta partnerka, która zamierza się zamknąć
razem z resztą dla dobra ogółu. Miałem ochotę wyć w niebogłosy. Wściekły
na cały świat zacząłem uderzać w jedną ze ścian, aż nie poczułem jak
sypie się na mnie tynk.
- Uspokój się. -
Szepnęła do mnie cicho. Popatrzyłem w jej duże niewinne oczy i
zrozumiałem jakim jestem pieprzonym egoistą. Ona teraz potrzebuje mojego
wsparcia, zanim sobie ubzdura, że traktuje ją jak trendowatą.
Przytuliłem ją mocno do siebie i zacząłem całować ją po głowie.
- Jesteś pewna, że chcesz się zamknąć razem z nimi?
- Jestem nosicielką tak samo jak oni. Nie mogę ryzykować, że rozniosę chorobę dalej.
- Dlaczego ty? Nie zasługujesz na to by chorować na coś czego nie umiem wyleczyć!
- Niczym się od nich nie
wyróżniam. W niczym nie jestem lepsza czy gorsza. Do przewidzenia było,
że się zarażę biorąc pod uwagę ile czasu spędzałam w gronie nosicieli.
- Jesteś idiotką. -
Zaczęła się ze mnie śmiać zadowolona z całej sytuacji i radośnie poszła
do pomieszczenia w którym mamy spędzić najbliższe dni, jak nie tygodnie.
- Naprawdę chcesz rezygnować z własnej sypialni?
- Nikt ci nie każe iść ze mną. Nie jesteś nosicielem z tego co mi wiadomo.
- Nie zostawię cię
samej. - Warknąłem na samą myśl, że w obecnej niebezpiecznej sytuacji
miałbym ją chociaż na chwilę zostawić bez opieki.
- To nie marudź. -
Złapała mnie za rękę i zaczęła za sobą ciągnąć. Patrzyłem na wszystkich w
koło z mordem w oczach. Mimo chodem wierzyłem, że gdyby nie oni to
Wiktoria dalej byłaby zdrowa. Wybrała sobie jedno z łóżek i usiadła na
nim opierając się plecami o ścianę. Usiadłem obok niej trzymając ją za
rękę. Jakim cudem mamy wygodnie się zmieścić na tak małym materacu?
Zobaczyłem jak przez drzwi wchodzi Karol. Miałem wrażenie jakby chciał
mi coś powiedzieć, więc wszedłem do jego głowy.
- Mam nadzieję, że
mnie słuchasz. Nie reaguj w żaden sposób na to co zrobię. Wiem ile
znaczy dla Ciebie Wiktoria i nie zamierzam ci jej odbierać. Po prostu mi
zaufaj i nie zrób mi krzywdy. Robię to dla dobra ogółu. Naprawdę mam
nadzieję, że mnie słyszysz i nie zabijesz. Wszystko po fakcie
wytłumaczę, tylko mnie nie zabij.
- Karol? - Zdążyła zapytać Wiktoria nic nie rozumiejąc gdy zamknął jej usta pocałunkiem.
- Nie zabijaj mnie, nie zabijaj, nie zabijaj.
- W głowie jak mantrę ciągle powtarzał te same słowa. Nie ruszałem się
nie rozumiejąc co się dzieje, ale ufając mu. Chociaż nie miałem
zielonego pojęcia dlaczego. Przyciągnął ją do siebie bliżej, aby zmusić
do otwarcia ust i wdarcia się do środka językiem. Powoli zaczynałem mieć
tego wszystkiego dosyć.
- Co ten idiota robi?
Dlaczego mnie całuje? Czemu Sławek nie reaguje? Jak zaraz się nie
dowiem co tutaj się dzieje to im nogi z dupy powyrywam. - Uśmiechnąłem
się delikatnie na jej myśli. Pocałunek nie sprawiał jej najmniejszej
możliwości. Po prostu Karol nie dawał jej szansy na odsunięcie się.
Dopiero po chwili odsunął się i widząc, że nie zmieniłem pozycji usiadł
na łóżku obok i zamknął oczy zaczynając się rozluźniać.
- Wytłumacz się. - Powiedziała Wiktoria lodowatym tonem. Karol uśmiechnął się do niej szeroko otwierając oczy.
- Teoria brzmi, że
choroba między nosicielami przenosi się drogą kropelkową. Przez
pocałunek powinna być niemal pewność zarażenia się.
- Pocałowałeś mnie, aby się zarazić? - Głos Wiktorii był na tyle piskliwy, że chyba połowa pomieszczenia go słyszała.
- Tak. - Odpowiedział spokojnym głosem szczerząc się jak wariat. Powoli zaczynała mnie bawić cała ta sytuacja.
- Wytłumacz się.
- Zostałem naznaczony
jako zdrowy. Masz kilka teorii dotyczących tego co powinno się teraz ze
mną zdarzyć. Pocałowałem cię więc jest niemal pewne, że się zaraziłem.
Według wersji, która jest dla nas wszystkich najbardziej optymistyczna
na dniach moje oparzenie powinno zniknąć.
- Dałeś się zarazić. Nie wiedząc czy uda nam się wymyślić jak się uzdrowić. Tylko po to by sprawdzić moją teorię?
- Udało ci się z tego
steku bzdur wyczytać tak abstrakcyjny test, który działa. Na pewno
wymyślisz jakieś rozwiązanie. Po za tym sama jesteś chora, co za tym
idzie najbardziej wpływowe i najsilniejsze osoby z tego azylu staną na
głowie tylko po to by cię stąd wyciągnąć, bo bez ciebie nic więcej nie
osiągną. Od momentu w którym okazało się, że jesteś chora wiadome jest
iż to kwestia czasu aż znajdziesz jakieś lekarstwo.
- Ale ty tego nie
dożyjesz, bo zaraz uduszę cię za twoją głupotę i naiwność. - Ze śmiechem
złapałem ją i przyciągnąłem do siebie zanim rzuciła się na swojego
przyjaciela. Patrzyłem na Karola pełen podziwu, że potrafił odwalić taką
szopkę tylko po to by sprawdzić jej teorię.
- Dziękuję, że mi zaufałeś i mnie nie zabiłeś od progu.
- Wyszczerzyłem się do niego, aby miał świadomość, że go słyszę i
przyciągnąłem Wiktorię jeszcze bliżej siebie, by nie miała szansy się
uwolnić. Dopiero po chwili przestała się rzucać, ale klęła w myślach
niemiłosiernie.
- To skoro nie mogę go zabić to przynajmniej dajcie mi książkę, abym mogła poszukać tego cudownego rozwiązania problemu.
- Już przynoszę. -
Podniósł się z uśmiechem Karol i podał jej jeden z egzemplarzy. Oparła
się o mnie wygodnie i zaczęła czytać książkę jeszcze raz. Po kolacji,
gdy większość osób położyła się już do łóżek przyszedł Wojtek.
- Jak poszło?
- Udało się zwiększyć ilość osób badających na tyle, że udało nam się zakończyć odsiew.
- Jak wyglądają statystyki?
- Stosunkowo pozytywnie.
Nosicieli jest raptem trochę ponad dwa tysiące. Zarówno wśród
wilkołaków jak i ludzi. Na wampiry oznaczenie nie działa. Nie mniej
jednak w przeciągu kilku najbliższych dni powinny być ostatnie ataki.
- Brzmi nieźle.
- Co tu robi Karol?
- Chce zobaczyć co się stanie ze znamieniem jak się zarazi.
- Jakim cudem chce mieć pewność, że się zarazi?
- Pocałował mnie. - Miny
Wojtka nie sposób było zignorować. Jednocześnie był pełen podziwu dla
Karola, jak nie dowierzał jego głupocie. Dodatkowo nie potrafił
zrozumieć jakim cudem go jeszcze nie zabiłem.
- Jak skończyłeś
przesłuchanie to możesz już iść? Niektórzy tu próbują zasnąć. - Odezwał
się z wyrzutem Karol w stronę Wojtka. Wampir tylko wzruszył ramionami
zadowolony z siebie i wyszedł z pomieszczenia. - Często ci tak trują
dupę?
- Odkąd zaczęła się epidemia to dali jej koło sześćdziesięciu godzin snu. - Odpowiedziałem za nią.
- Nie jestem jedyną,
która zarywa nocki. Nie śpisz za każdym razem gdy jestem na nogach, oraz
mam podejrzenia, że Wojtek w ogóle nie sypia.
- Skarbie, jesteśmy wampirami. Potrzebujemy o wiele mniej wypoczynku niż ty.
- Co nie znaczy, że moglibyście sobie smacznie spać zamiast się ze mną użerać.
- Śpij już po prostu. -
Rozbawiony szepnąłem jej do ucha i uśmiechnąłem się czując jak jej ciało
zadrżało z przyjemności. Przytuliłem ją do siebie w taki sposób, by
przylegała do mnie jak największą powierzchnią ciała. Rozmiar łóżka ma
tylko jeden plus. Nie będzie mogła zbyt bardzo się ode mnie odsunąć.
Poprzedni Następny
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz