niedziela, 5 listopada 2017

Sekrety lasu - Rozdział 1



- Halo? – Odezwałam się zachrypniętym głosem. Co za debil dzwoni w środku nocy?
- To ja Bartek. Wyjdź przed dom.
- Po co?
- Po prostu wyjdź. – Rozłączył się. Zdziwiona podniosłam się z łóżka i spojrzałam na telefon. Była druga w nocy. Świetnie. Udało mi się przespać tylko godzinę bez koszmarów. Z westchnieniem wstałam, włożyłam telefon do kieszeni w pidżamie i postanowiłam wyjść. Bartek jest jedyną osobą na której wciąż mogę polegać. Tylko tutaj znalazłam kogoś z kim mogłam szczerze pogadać, wypłakać się i zastanowić się co dalej. Boję się wrócić do domu, ale będę musiała to w końcu zrobić. Wzięłam ze stołka latarkę, aby nie zapalać w pokoju światła. Panowały tutaj egipskie ciemności, jak na każdej wsi tego typu. Próbując się obudzić, założyłam pierwsze lepsze skarpetki, adidasy i o kilka rozmiarów za duży polar. Pewnie wujka, ale nie mam siły, by szukać swojego. Wyszłam na zewnątrz i ze zdziwieniem zobaczyłam oprócz Bartka jeszcze dwóch postawnych gości i miałam wrażenie, że nie przyszli tutaj, aby wypić herbatkę. Jedyny plus taki, że mogłam zgasić latarkę, bo ich samochód dawał wystarczającą ilość światła.
- Dzień dobry, albo raczej dobry wieczór. Bartek, przedstawisz mi swoich znajomych?
- Nie przyszliśmy tutaj na pogaduchy. Jedziesz z nami.
                Przechyliłam głowę na bok patrząc na tego większego, który się do mnie odezwał. Obydwoje byli ubrani na czarno i mieli tak poważny wyraz twarzy jakby przybyli, aby kogoś zabić. Powoli zeszłam po schodach, przeszłam przez furtkę i zamknęłam ją za sobą. Dopiero teraz zobaczyłam, że Bartek przerażony patrzył w ziemie, a jego ręce były skute. Automatycznie się spięłam. Jeśli udało im się go złapać, to oznacza, że są zbyt silni, abym mogła sobie z nimi poradzić, co za tym idzie bardziej będę musiała polegać na innych umiejętnościach, a pierwsze co powinnam zrobić, to uwolnić go, aby mógł mi pomóc. Nie jestem na tyle głupia, aby wierzyć, że jestem w stanie ich pokonać.
- Ruszaj się paniusiu do samochodu. Nie mamy całej nocy. Jak się zaraz nie ruszysz, to... – spojrzał nagle niepewny na swojego kompana i z dziwnym respektem i niepewnością dokończył – to poślemy na ciebie naszego towarzysza.
                Podniosłam brwi, nie rozumiejąc czemu nie straszą mnie swoją osobą, czyżby ich postawa była tylko pozorem? Zza samochodu przy którym stali wyszedł wielki, imponujący pies, stroszący się, jakby chciał mnie zaatakować. Przypominał troszkę wilka. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Nigdy nie bałam się zwierząt. Umiałam sobie z nimi radzić. One od razu wyczuwały, że nie mam do nich złych intencji. Dobrze je traktowałam, a one mnie.  Dlatego, nawet przez chwilę się nie wahałam. Ukucnęłam przed nim i wyciągnęłam rękę dłonią do góry. Zatrzymaj się zdziwiony. Nie rozumiał mojego zachowania.
- Podejdź do mnie, nie bój się. – Powiedziałam spokojnym głosem. On niemal dumnie zaczął iść w moim kierunku, jakby chciał oznajmić wszystkim w koło, że niczego się nie boi. Powąchał moją rękę i zawahał się, gdy położyłam mu ją na głowie. Gdy kucałam to przewyższał mnie dwukrotnie więc wstałam, ale i tak nie potrafiłam się go bać. Podrapałam go za uchem, drugą ręką pieszcząc go pod mordką. Zamknął oczy i z przyjemnością na niej wymalowaną wygiął głowę lekko w górę.
- Piękny jesteś, wiesz? Tylko co ty robisz z takimi durniami to już nie wiem. – Szepnęłam do niego, kątem oka obserwując mężczyzn, którzy byli wstrząśnięci zachowaniem psa. Nawet Bartek stał z szeroko otwartymi ustami. Ten wyższy jednak się otrząsnął i złym, grożącym tonem się odezwał.
- Co ty tam szepczesz?
- Nie martw się, nie do was. Do waszego „towarzysza”. Po co tutaj przyjechaliście?
- Aby cię zabrać.
- Gdzie?
- Do… - Zaczął niższy, ale ten drugi od razu mu przerwał.
- Stój pysk. Nie będziemy odpowiadać na twoje pytania! Wsiadaj do samochodu, albo zabiję Bartka! – Krzyknął, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją. Wyciągnął broń i skierował w stronę mojego kuzyna, jeszcze jej nie odbezpieczając. Przekręciłam się w ich kierunku powoli, jakby w ogóle mnie to nie przejęło, jednocześnie sprawiając wrażenie, że się poddałam. A przynajmniej miałam nadzieję, iż tak to wygląda. Podeszłam kilka kroków bliżej, skupiając się tylko na ręce trzymającej broń.
- O… Jaka wspaniała broń. Kaliber czterdzieści milimetrów?
- Trzydzieści osiem.
- Jakie cacuszko. Mogę zobaczyć? Piękny jest.
                Zanim się zorientował, wyjęłam mu broń z ręki. Kompletnie się nie znałam na pistoletach. Wiedziałam tylko tyle, że dla tych co strzelać potrafią są tak cenne jak samochód, dla mężczyzny, który go posiada. Nie mógł mi się on przydać, ale im jak najbardziej. Obejrzałam ją z każdej strony i odkryłam wejście do magazynku. Wyjęłam naboje i wypuściłam je na ziemię.
- Aż tyle naboi. Szkoda by je było zmarnować, gdy jest tak ciemno i nie widzi się, gdzie się strzela.
                Wiedziałam, że broń i tak mi odbierze, przynajmniej mogłam udawać nieświadomą niebezpieczeństwa i najnormalniej w świecie głupią. Nie chcąc tego robić, oddałam mu broń. Modląc się, by nie miał przy sobie zapasowych naboi, lub, że nie weźmie pistoletu tego mniejszego gościa. Zamknął magazynek i wycelował broń we mnie, jak tylko odsunęłam się o dwa metry do tyłu.
- Taka jesteś cwana. To może sama tego spróbujesz?
- Jak chcesz to próbuj, ale nie ma tam naboi.
                A przynajmniej taką miałam nadzieję. Jeśli mam pecha to została mu jedna sztuka, już załadowana. Przez chwilę się zawahał. Jednak odblokował broń i usłyszałam odgłos świadczący o tym, że szczęście mnie opuściło. Od razu przewróciłam się na ziemie, zanim zdążył nacisnąć spust. Zbyt rozproszony moim zachowaniem nie zmienił miejsca w które celował, więc kompletnie nic mi nie było. Westchnęłam w myślach z ulgi. Skoro tyle przeżyłam, to dalej też sobie jakoś poradzę. Mężczyzna zaklął i potrząsnął bronią, jakby w ten sposób  mógł sprawić, aby sama się naładowała. Podniosłam się do pozycji stojącej. Kolana ciągle mi drżały. Byłam przerażona, ale wiedziałam, że nie mogę im tego strachu okazać. Musiałam działać póki jeszcze są zdezorientowani. Otrzepałam spodnie i zaczęłam gorączkowo myśleć co dalej. Spojrzałam na Bartka. Był blady, przerażony. Nigdy go takiego nie widziałam. Zwykle był pierwszy by się bić z innymi i nie wiedziałam, iż może się czegoś bać. Już samo to sprawiało, że pojawiał się w mojej głowie alarm. Nie ruszał się nawet trochę. Nawet wzroku próbował nie podnosić, zrobił to zaledwie dwa razy. Gdy głaskałam psa i gdy w moją stronę leciał pocisk. Musiał być naprawdę przerażony, lub po prostu znał ich już wcześniej. Albo dwie opcje na raz.
- A te kajdanki Bartka są na klucz, czy zatrzask?
                Rzuciłam niby od niechcenia i patrzyłam na ich reakcje. Ten niższy wyjął klucz z kieszeni spodni, jakby sprawdzając, czy ciągle tam jest i schował go ponownie. Zdecydowałam się na odważny krok, bo jak tak dalej pójdzie to sama sobie nie poradzę. Podeszłam do niego na tyle blisko na ile byłam w stanie się zmusić. Podniosłam rękę i zaczęłam kreślić wzorki na jego klatce piersiowej. Była mocno zbudowana i od razu napięła się pod moim dotykiem.
- Wiesz co? – Spytałam cicho, zachrypniętym głosem.
- Co? – Odpowiedział niemal piskliwie. Na moich ustach pojawił się leniwy uśmiech.
- Uważam, że nie potrzebny wam ten klucz, Bartek i tak jest wystraszony do tego stopnia, iż wam nie ucieknie.
                Jak tylko zaczęłam wypowiedź to zjechałam ręką w dół, aby włożyć ją do jego kieszeni i wyciągnąć go. Powoli wysuwałam ją, na odchodnym głaszcząc go po udzie przez materiał, abym była pewna, że nie zatrzyma mnie. Z tyłu słyszałam warczenie psa. Nie wiedziałam tylko na kogo, ale nie mogłam się odwrócić, aby sprawdzić. Obydwaj panowie zbledli i z lękiem patrzyli na psa, ale chyba bardziej na jego łapy, nie wiem. Nie skupiałam się na tym. Podeszłam do Bartka i otworzyłam jego kajdanki. Pies przestał warczeć, a oni wyglądali na przerażonych, zwłaszcza ten niższy.
- Ale tak w sumie, to jest już późno. Po co marnować mój i wasz czas. Wsiądźcie do auta i odjedźcie. Nie ma sensu, abyście tu dłużej byli.
                Ku mojemu zdziwieniu, byli tak wybici, iż po chwili zawahania ruszyli do samochodu i otworzyli drzwi, aby do niego wsiąść.
- A wasz towarzysz? Pies, Wilczur, Wilk, Wil… - Przerwałam w połowie wyliczankę, gdy z szokiem zobaczyłam iż czworonóg zmienia się w mężczyznę. Ciemnowłosego. Na oko mającego metr dziewięćdziesiąt i solidnie zbudowanego. Nigdy jeszcze nie widziałam, aż tak umięśnionego faceta, a temu mogłam się naprawdę dobrze przyjrzeć, chociażby przez sam fakt, iż był w stroju Adama. Nie chcą się rozkojarzyć próbowałam utrzymywać wzrok na jego twarzy, chociaż w tym względzie moja wola, nie była aż tak silna. On był po prostu boski.
- Wilkołak. Z resztą tamta dwójka durni, jak ich nazwałaś, a ja potwierdzam, i Bartek też są z tego samego gatunku co ja.
- Aha. – Powiedziałam tylko i ziewnęłam. Odprężyłam się lekko, choć sama nie wiem czemu. Chyba po prostu wbrew logice czułam się bezpiecznie przy tym wspaniale zbudowanym mężczyźnie.
- Mógłbyś przynajmniej skołować sobie jakieś spodnie?
- Coś ci przeszkadza? – Rzucił przez zęby, zły. Nie do końca tylko wiedziałam na kogo, ale i tak wkurzył mnie swoim spojrzeniem. Z błyskiem w oku, ostentacyjnie omiotłam go powolnym spojrzeniem, zaczynając od samej góry, aż do ziemi, zatrzymując się w kluczowych momentach. Przyglądając się mu, miałam już pewność, że stoi przede mną największy przystojniak na całym świecie. Pokręciłam głową, wracając spojrzeniem na jego twarz.
- Nie. Absolutnie nic mi nie przeszkadza.
                Troszkę się speszył, ale przynajmniej w jakimś stopniu przestał się złościć. Odwrócił się w stronę auta i pstryknął na tamtych. Tyłeczek też miał niczego sobie. Jakby ich coś goniło wybiegli z samochodu i ten wyższy dał mu spodnie zginając się niemal w pół i patrząc w ziemię. Założył je  w ekspresowym tempie. Ruchem nadgarstka odgonił tamtego i prawie całkowicie uspokojony patrzył na mnie, jakby próbował samym spojrzeniem mnie rozgryźć.
- Tak lepiej?
- Nie. Ale przynajmniej będzie ci cieplej. – Odparłam, próbując brzmieć na całkowicie spokojną. Pomimo, iż już się nie bałam, to strach czekał przyczajony, aby wyskoczyć, po jednym słowie czy spojrzeniu.
- Całkowicie się nas nie boisz. – Stwierdził, jakby nie mógł się temu nadziwić.
- Wybacz, ale nie. Jestem tak zmęczona, że nie potrafię myśleć logicznie.
                Powiedziałam, coraz bardziej odczuwając senność i nie do końca na pokaz ziewnęłam.
- Sugeruję, że jeśli chcesz jeszcze trochę pogadać, to powinniśmy gdzieś klapnąć, bo dłużej nie wystoję.
                Koleś zanim pomyślał, usiadł na ziemi, opierając się o stary pień, a pozostała trójka automatycznie, nie do końca z własnej woli też opadła na dół. Popatrzyłam na to ze zdziwieniem.
- Nie do końca o to mi chodziło. – Westchnęłam, wzruszyłam ramionami i też usiadłam, tam gdzie stałam. Pech, że ja nie miałam się o co oprzeć.
- Jak się nazywasz?
- Wiktor.
- No dobrze. W takim razie, co was tutaj sprowadza Wiktorze?
- Bartek zawinił, w ramach kary przyjechaliśmy po ciebie, jako zwiadkę.
- Zwiadkę?
- To u nas coś w rodzaju gry. Puszcza się człowieka do lasu, a każdy ze stada może z nim zrobić co mu się tylko zamarzy. Od dawna było to nie praktykowane, bo trudno jest znaleźć człowieka, którego można w takie coś wkręcić. Zwłaszcza, że zazwyczaj taka osoba ginie. Przez prawie trzysta lat moje stado musiało się obywać bez tego, bawiąc się tylko zwierzętami. – Mój puls na chwilę przyspieszył i musiałam użyć całej swojej samokontroli, aby się uspokoić.
- Barbarzyńska zabawa.
- Nie twierdzę że nie. Nie każdemu się podoba, ale jako alfa, muszę pilnować, by żadnej z zabaw znanych od pokoleń, nie zabrakło. Nawet jeśli do tej pory oponowałem przeciwko temu.
- Nadal czegoś nie rozumiem.
- Czego?
- Dlaczego, to ja mam być zwiadką?
- To nie musiałaś być ty. Bartek przesadził, dałem mu ostrzeżenie, nie posłuchał. Wściekły dałem mu karę, aby zawołał z tego domu jedną osobę, która mogłaby spełnić taką rolę. Nim młodszą tym lepiej. Wybrał ciebie.
- Kama… - Odezwał się przerażonym tonem, ale byłam na niego zbyt wściekła. Nawet on mnie zdradził. Osoba, na której sądziłam, że mogę polegać. Kuźwa. Dlaczego na świecie nie ma chociaż jednej osoby, której mogłabym zaufać? Dlaczego, gdy przychodzi co do czego to mnie opuszczają wszyscy?
- Milcz Bartek. Wystawiłeś mnie, więc nie licz, że będę po twojej stronie. Gdybyś przez chwilę pomyślał i nie łamał reguł, to tej sytuacji nawet by nie było. Nie mówiąc już o tym, że nigdy nie powinieneś mnie w to wciągać. Ufałam ci.
Ostatnie słowa powiedziałam z wyraźnym wyrzutem w głosie.
- Kama…
- Co Kama? Sądzisz, że to coś zmieni?
- Przepraszam.
- Na co mi teraz twoje słowa? No, powiedz, na co?
                Spojrzałam na niego wściekła, ale widząc jego smutek i to, że dalej nie odważył się, aby chociaż podnieść głowę, to troszkę się uspokoiłam. Zamknęłam na chwilę oczy, próbując się zrelaksować. Z westchnieniem otworzyłam je z powrotem i spojrzałam na Wiktora, ze zmarszczonymi brwiami.
- Zimno ci.
- Hym?
- Masz gęsią skórkę. Dam ci mój polar.
- Nie trzeba. Nie chcę, aby tobie było zimno.
- Daj spokój. Szybko się rozgrzewam, a odrobina chłodu sprawi, że przynajmniej nie zasnę w trakcie rozmowy.
                Pokręcił głową nie do końca przekonany, ale wziął polar, jak tylko rzuciłam mu go na kolana. Założył na siebie i zasunął suwak. Lekko się odprężył, więc mogłam zgadywać, że było mu cieplej.
- No dobra. Skoro już ustaliliśmy, że zwiadką nie będę, a kara Bartka jest nieważna, to mógłbyś mi nieco poopowiadać o wilkołakach. Czy może wolisz, abym zadawała ci pytania na podstawie legend?
- Pytania. – Odpowiedział, mimowolnie wtulając się w polar. Po chwili zrobił naprawdę głupią minę i zaczął się śmiać, zbijając mnie z tropu.
- O co chodzi?
- Właśnie tak mnie wkręciłaś, że potwierdziłem, iż odpuszczam mu karę, a swoich słów cofać nigdy nie powinienem. Co ty takiego w sobie masz dziewczyno, że tak łatwo udobruchałaś bestie we mnie siedzącą?
- Nie wiem. Reagujecie jakoś na srebro? Podrażnia was, osłabia, zabija.
- Przeszkadza nam. Odpowiednia ilość tego metalu nie pozwala nam na przemianę. Na Bartka wystarczyło tyle co było w kajdankach. Na tamtą dwójkę, wystarczyła by podobna ilość, ale czystego srebra. Jak już wspomniałem, jestem alfą, więc na mnie trzeba by było zrobić całą zbroję z prawdziwego kruszca, bym nie mógł się przemienić.
- Rozumiem. Od teraz muszę zacząć chodzić ze srebrem w spreju, a najlepiej jeszcze gdybym zakupiła ubrania z tego metalu.
                Zaśmiał się kolejny raz i spojrzał na mnie szczerze rozbawiony.
- Możesz spróbować.
- Fazy księżyca. Pełnia. Działa to na was?
- Nie. To jest mit, ale nie do końca. Czujemy kiedy jest pełnia i większą przyjemność sprawia nam przemienianie się w taki dzień. Kiedyś nasi przodkowie odbywali swoją pierwszą zmianę tylko, gdy księżyc był okrągły, z powodu wielu wierzeń. Teraz nie jest, to aż tak popularne, ale zazwyczaj wilkołaki są silniejsze, jeśli przypadkiem, wtedy przeżyją pierwszy raz.
- Czy przemiana… - ziewnęłam - przepraszam, boli?
- Pierwsza. Potem już nie. Chyba, że jesteśmy mocno zranieni.
- Szybko trwa przemiana?
- Pierwsza potrafi trwać nawet godzinę. Z czasem wprawiamy się i ten proces jest szybszy. Obecnie zajmuje mi to dwie sekundy.
                Kolejny raz przeciągle ziewnęłam i oparłam się rękami za plecami, będąc w pozycji półleżącej.
- Ty masz łatwiej.
- Dlaczego?
- Bo możesz się opierać o pień, a ja już się prawie pokładam na ziemi.
- Jesteś śpiąca.
- Cóż za odkrycie, od początku to mówię.
- Ech… Podejdź do mnie.
- Kama, nie musisz tego robić. – Odezwał się cicho Bartek, za co zostało mu posłane groźne spojrzenie, zarówno od strony Wiktora, jak i ode mnie.
- Nie mów mi Bartek, co muszę, a co nie. Obecnie jestem w stanie bardziej zaufać tamtemu niż tobie.
                Zrobił zbolałą minę, ale nic już nie mówił. Moja złość na niego wróciła i chyba tylko na przekór niego podeszłam do Wiktora i kucnęłam zaledwie pół metra od niego.
- Bliżej.
- Wiesz, ten pieniek jest za mały dla naszej dwójki. – Westchnął i zamknął oczy, jakby się zirytował i musiał przez to uspokajać. Otworzył je i rozpiął swój polar.
- Odwróć się i zbliż.
- Co chcesz zrobić? – Spytałam niepewna i spięta. Jednak zanim zdążyłam zareagować poczułam jego ciepłe silne dłonie na tali. Podniósł mnie i posadził na swoich nogach, tak, bym opierała się o zbite mięśnie na jego klatce piersiowej.
- Nie, wcale nie będzie ci zimno.
- Nie mówiłam, że nie będzie mi zimno. Po za tym, powinieneś wiedzieć, że jak będzie mi zbyt ciepło, to zasnę.
- Trudno się mówi.
                Westchnęłam i poczułam jak przycisnął mnie bliżej siebie. Zasunął suwak polaru, praktycznie pod moją szyję i wyjął ręce z rękawów, kładąc ja na krzyż na moim brzuchu przyciągając mnie najbliżej jak to było możliwe. Zestresowana byłam tylko przez chwilę, ale ciepło jego ciała i senność, sprawiły, że mimowolnie troszkę się rozluźniłam. Nie mogłam tylko rozgryźć, dlaczego to zrobił.
- Teraz powinno być ci cieplej.
- Jest, ale nie jest ci przypadkiem niewygodnie? Jestem ciężka.
- Obrażasz mnie sądząc, że mogłabyś być dla mnie za ciężka. I nie zamierzam cię teraz puścić, chyba, że tobie coś przeszkadza.
- Wiesz, zawsze mogło być lepiej. W dodatku coś bardzo twardego wbija mi się w zadek.
                Odchylił głowę na bok tak by widzieć moją twarz. Był zdziwiony, nie do końca rozumiał, jak mogłam się z nim droczyć, na co zareagowałam śmiechem i całkowicie się odprężyłam. Wątpiąc, abym mogła kiedyś jeszcze być przy nim spięta. Uspokoiłam się i zamknęłam powieki, które były już zbyt ciężkie.
- Wilkołaki są tworzone czy rodzone?
- I takie i takie.
- Opowiedz o tym. Podobieństwa, różnice.
- Ech… no dobrze. Rodzone, jak je nazwałaś, są z połączenia dwóch wilkołaków. Dziewczyny pierwszą przemianę odbywają koło piętnastego roku życia, a chłopcy osiemnastego. Faceci z opóźnieniem prawdopodobnie po to, by nie zdążyli z głupoty się pozabijać. Żyjemy dłużej, bo nawet coś koło dwustu lat. Posiadając prawdziwą partnerkę zdarza się dłużej, ale nikt jeszcze nie zrozumiał, co jest rzeczą priorytetową, aby ich życie się wydłużyło. Zdarzyło się to między innymi przywódcy wilkołaków z całego świata. Z tego co wiem, to ma on już prawie dwa tysiące lat, o ile plotki są prawdziwe. Mało kto go widział na żywo, by móc to potwierdzić. Natomiast jeśli chodzi o tworzonych, to mogą oni żyć maksymalnie dwieście lat. Tutaj znowu wyjątkiem jest partnerstwo. Jeżeli tworzony jest połączony miłością z rodzonym to zdarza się, iż żyje dłużej. Rzadko, ale tak bywa. W ciągu pierwszego roku umiejętności ich rozwijają się, aż dochodzą do szczytu swych możliwości i czego by nie robili, ile by nie ćwiczyli, silniejsi już być nie mogą. Chociaż tu też zdarzają się wyjątkowe sytuacje, ale tylko w kryzysowych momentach, gdy on minie, to ich dodatkowa siła też. Natomiast rodzeni mogą się cały czas rozwijać i zwiększać swoją potęgę. Jest to bardzo trudne i żmudne, stąd nie wielu się to udaje, jednak jest to możliwe.
- Jak można was zabić?
- A co planujesz? – Spytał pół żartem, pół serio i nie do końca tego świadomy spiął się.
- Pewnie. Nie widzisz ile mam werwy i siły? A w kieszeniach mam ukryte potrzebne narzędzia. Jeśli one nie wystarczą, to zadziałam tylko swoją ogromną siłą, wykorzystując nieziemskie umiejętności. – Powiedziałam ironicznie, ledwo przytomnym głosem i jeszcze bardziej się w niego wtopiłam. Rozluźnił się, wyczuwając mój sarkazm i odezwał się prosto do mojego ucha, wywołując u mnie dreszcz rozchodzący się po całym ciele.
- Z tego co wiem, to ja mam twój polar i kieszenie masz puste.
- Chodziło mi o kieszenie w spodniach.
- Masz kieszenie w pidżamie?
- Tak. – Zdziwiony pokiwał głową na boki.
- W takim razie, będę chyba musiał dla bezpieczeństwa cię przeszukać.
                Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na jego rozbawioną twarz.
- Tak? Tylko spróbuj.
- Z największą przyjemnością.
                Spojrzał na mnie perfidnie i puścił mnie jedną ręką, aby jadąc po moim ciele, zbliżyć się do kieszeni. Pech, że, akurat ta kieszeń jest dziurawa i bardzo łatwo zamiast do niej, zjechać na skórę. Dlatego zanim dotarł, złapałam jego dłoń, zła na samą siebie, że wizja jego jeżdżącego po moim ciele podnieciła mnie.
- Nie.
- Nie patrz tak na mnie, ja tylko się droczę, pretensje możesz mieć tylko do siebie. Nie dość, że zaczęłaś, to jeszcze mnie podpuszczasz.
- Gdybym była mniej zmęczona to przywaliłabym ci za bezczelność. – Odrzekłam lodowatym głosem, na co usłyszałam syk od strony Bartka. Mimowolnie się spięłam, nagle odczuwając, w jak niebezpiecznej jestem sytuacji, a śmiech Wiktora jeszcze bardziej utwierdził mnie, że muszę się mieć na baczności. Dopiero po chwili się uspokoił i odłożył rękę tam gdzie była poprzednio.
- No już, rozluźnij się. – Powiedział wciąż rozbawiony i zaczął delikatnie kciukiem robić kółeczka na moich rękach. Mimowolnie po pewnej chwili westchnęłam i odprężyłam się troszeczkę. Byłam zdecydowana, aby zmienić temat.
- Zadałam pytanie, odpowiesz?
                Długo milczał i byłam już pewna, że nie odpowie, ale to zrobił.
- Jest kilka sposobów. – Zaczął mówić, a ja zamknęłam oczy, gdy zmęczenie ze zdwojoną siłą powróciło. Wszystkie nieprzespane noce z tego miesiąca, jakby się uwzięły, aby właśnie teraz mnie dopaść. – Można odciąć głowę. Wycięcie serca też skutkuje i to w obu postaciach. Zagłodzić także można, ale jest to trudne, mimo, iż dużo jemy, to w formie człowieka przez półtora roku musielibyśmy nic nie jeść, aby zginąć, w postaci wilkołaka, jeszcze nikt nie był dłużej głodzony, by można było to stwierdzić. Gdy jesteśmy w ludzkiej formie to można nam też skręcić kark. A ty będziesz musiała zachować sekret, bo inaczej będziesz miała sporo problemy. Zrozumiałaś?
- Panie…
- Tak Bartek?
- Ona już śpi.
                Spojrzałem na nią niedowierzająca. Westchnąłem i podniosłem ją do góry. Bartek wstał od razu po mnie i odezwał się cicho.
- Ona mówiła, że tak będzie.
- Zaprowadź mnie do jej pokoju, położę ją na łóżku.
                Kiedy ona zdążyła usnąć? Jak mogłem to przegapić? Pokręciłem głową, starając się już nie myśleć o tym, jak bardzo sama jej osoba kusiła mnie, aby zbadać jej ciało bez tych zbędnych ubrań. Bartek zaprowadził mnie do domu, a następnie skręciliśmy do pokoju. Tuż po przekroczeniu progu podszedł do niej, na co zareagowałem niemal automatycznie warcząc, czym zadziwiłem sam siebie i sprawiłem, że odskoczył w tył i padł przede mną na podłogę, lękając się o swoje życie. Może nawet bez kary zdążył zrozumieć, co nieco.
- Panie. Przydałoby się, zdjąć jej buty i skarpetki, aby rano jej nogi nie bolały. – Odezwał się dla niej, przełamując strach. Byłem w stanie to przemilczeć, bo dziwnie zaczęło mi zależeć na jej szczęściu i wygodzie.
- Sam to zrobię. – Odparłem, w duchu ciesząc się, że chociaż tyle mogę z niej zdjąć. Delikatnie położyłem ją na łóżku i niemal z czcią zdjąłem jej obuwie i położyłem obok.
- Ona wygląda tak niewinnie, gdy śpi. – Szepnąłem, nawet nie świadomi, iż zrobiłem to na głos. Była przepiękna. Wojownicza. Mądra. Sprytna. Bystra. Nigdy nie widziałem, aż tak wspaniałej młodej kobiety. Uśmiechnąłem się czule i delikatnie odgarnąłem z jej czoła jedno pasemko. Niechętnie sięgnąłem po kołdrę i okryłem ją szczelnie.
- Gorąca jest.
- Mówiła, że szybko się nagrzewa. – Powiedział Bartek, który już nie leżał, ale wciąż klęczał na podłodze.
- Będziesz mi teraz na każdym kroku wypominał, iż ma racje? – Spytałem nagle rozdrażniony.
- Tak panie, to znaczy, nie panie. – Odparł szybko i ponownie rzucił się na podłogę. To było dziwne, ale po raz pierwszy zamiast czuć tylko złości, byłem jeszcze rozbawiony. Normalnie to miałbym już ochotę przynajmniej dać mu nauczkę, za to na ile sobie pozwala, ale teraz? Sam fakt, iż ciągle czułem jej zapach i ciepło uspokajał mnie.
- Powiedz jej jak już się obudzi, że przyjdę po nią jutro o osiemnastej.
- Tak panie. Panie?
- O co chodzi?
- O, jej… polar. – Spojrzałem na niego zaskoczony i dopiero po chwili zrozumiałem o co mu chodziło, zadziwiony, że dla niej był w stanie mi się przeciwstawiać o małe szczegóły, których mogła nawet nie zauważyć.
- Dlaczego wybrałeś ją na zwiadkę?
- Bo wiedziałem, że jest jedyną osobą z tego domu, która ma szansę przeżyć.
- Mogłeś sprawić o wiele więcej niż jej śmierć. Wiele z wilkołaków, niemal na pewno próbowałaby ją zgwałcić. – Powiedziałem, niemal buchając gniewem, na samą możliwość, iż stało by się jej coś takiego.
- Przepraszam. Nie chciałem dla niej nic złego.
- Czyli z góry wiedziałeś, że nawet do polowania nie dojdzie? – Po moim pytaniu była chwila ciszy. Bartek bał się odpowiedzieć. Dopiero po chwili się odezwał.
- Nie. Nawet przez sekundę nie miałem na to nadziei. Wiedziałem, że będzie stracona. Łudziłem się tylko tym, że może uda jej się to przeżyć, w przeciwieństwie do moich rodziców, czy sióstr.
- Wystawiłeś, ją pomimo, że ci ufała. – Wywarczałem przez zęby, trzęsąc się, iż w ogóle mógł pomyśleć o narażeniu jej na niebezpieczeństwo.
- Byłem w sytuacji podbramkowej. Nie wiedziałem jak inaczej z tego wybrnąć. Nie powinienem się nawet tłumaczyć. Zrobiłem głupotę, a ona by za to zapłaciła. Nigdy sobie tego nie wybaczę, że mogłem być takim kretynem. – Przez wyczulony słuch zorientowałem się, iż Bartek płacze. Naprawdę żałował swojego postępku. Jednak to wcale, go nie umniejszało. Z myślą o niej, postanowiłem jednak nic mu nie robić. Zdjąłem jej polar. Zaciągnąłem się naszymi połączonymi zapachami. Powiesiłem go na oparciu najbliższego krzesła i po prostu stamtąd wyszedłem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz