wtorek, 7 listopada 2017

Z pogranicza szaleństwa - Rozdział 4

Chciałabym powiedzieć, że dużo przeczytałam, ale byłoby to kłamstwo. Ciągle czułam jego dotyk na swoim ciele i ciepły oddech na karku. Literki nie układały się w zdania i od jakiegoś kwadransa czytałam jedną stronę. Moje ciało reagowało na niego i czułam się coraz bardziej rozpalona. Nie wytrzymałam i powiedziałam.
- Mógłbyś przestać?
Zatrzymał się na chwilę i spojrzał na mnie pytająco.
- Rozpraszasz mnie.
Jego wzrok zmienił się na rozbawiony, a on sam ponowił głaskanie. Jedną ręką pocierał moje udo, a drugą rękę, od łokcia aż do palców.
- To naprawdę nie jest zabawne. Nie mogę się skupić. Już ponad piętnaście minut czytam jedną stronę!
Uśmiechnął się do mnie szelmowsko, ale nawet nie myślał o tym, żeby przestać. Pocałował mnie w kark, potem w szyję, następnie w policzek, a jego oczy śmiały się, czekając na moją reakcje. Oczy miał pół na pół.
- Ech… Dlaczego to robisz?
Wzruszył tylko ramionami, a ja bardziej odczuwałam złość niż jakiekolwiek inne uczucie.
- Jak dalej tak będziesz robić, to książka nie jest mi potrzebna, bo prędzej ją zniszczę niż przeczytam.
Uśmiechnął się do mnie leniwie. Delikatnie acz stanowczo wyjął książkę z moich rąk, włożył w tamto miejsce zakładkę i odstawił na stolik obok.
- Czyli mam zrozumieć, że nie przestaniesz?
- Tak.
Spojrzałam na niego najpierw zaskoczona, że się odezwał, ale zaraz się opanowałam. Jego dotyk zbyt na mnie działał, żebym mogła to zignorować.
- A odpowiesz mi na pytanie dlaczego to robisz?
- Nie.
- A dlaczego nie przestaniesz?
- Bo nie.
Westchnęłam tylko, nie wiedząc co mam odpowiedzieć. Jego zdawkowe odpowiedzi były jeszcze gorsze niż milczenie. Po za tym co to za argument bo nie? Wkurzać mnie zaczyna. Wyprostowałam nogi i zrzuciłam je z fotela, aby wstać, jednak nie było mi to dane. Złapał mnie w pasie i nic nie wskazywało na to, że chce puścić. Spojrzałam na niego, ale jego twarz była nieodgadniona. Wyglądał na trochę zirytowanego, ale bardziej na rozbawionego. Nie wiedziałam co myśleć o tej sytuacji.
- Pozwolisz mi wstać?
- Nie.
- Ech… Dlaczego?
- Bo nie.
- Och. To wszystko wyjaśnia.
- Tak.
- Mam już dość tych twoich zdawkowych odpowiedzi. Potrafisz mówić pełnym zdaniem?
- Tak
- Ugrh… jesteś nie do wytrzymania.
Próbowałam wstać, rękami próbując zdjąć jego z mojej tali, ale mocno mnie trzymał. Gdy udało mi się oderwać jedną jego rękę to zrobił marsową minę. Podniósł mnie do góry i przestawił tak, że siedziałam teraz przodem do niego, a nogi miałam rozłożone na boki. Jedną ręką zaczepił moje stopy  z tyłu, tak, żebym obejmowała go w pasie nogami, a drugą przyciągnął mnie do siebie, aby przytulić się. To była dość dwuznaczna pozycja i taka, że nie miałam jak się ruszyć, no chyba, że byłby mniej silny, ale nie dość, że jest ode mnie silniejszy to jeszcze ja jestem przemęczona. Próbowałam odepchnąć się dłońmi od jego klatki piersiowej, ale czułam się jak mrówka siłująca się ze słoniem.
- Nie męcz się tak.
- Nie będę się męczyć jak mnie puścisz.
- Przecież nie robię ci nic złego.
- I to cię usprawiedliwia?
- Poniekąd.
- Myliłam się, gdy mówiłam, że jesteś nie do wytrzymania, bo widzę, że dopiero się rozkręcasz.
Zaśmiał się ze mnie cicho i chuchnął mi we włosy, część powietrza poleciała też na mój kark powodując u mnie dreszcz. Odsunął mnie na chwile ode mnie i popatrzył na mnie uważnie.
- Boisz się mnie?
- A jak myślisz?
- Nie wiem. Nie do końca jestem sobą.
- Ah rozumiem. Gdy jesteś sobą, to kompletnie nie da się z tobą wytrzymać.
Zmarszczył czoło. Był chyba na mnie zły, ale cała złość i frustracja z minionych dni właśnie teraz do mnie powróciła i nie zamierzałam przestać.
- Jak ty to zrobiłaś, że jeszcze żyjesz?
- Słucham?
- Chodzi mi o to jak ułaskawiłaś wampira, który we mnie siedzi.
- Nie rozumiem.
- Ech… Tak jakby jestem wampirem.
- No to zauważyłam.
- Nie przerywaj mi.
- Dobrze, już dobrze, nie warcz na mnie.
- Zostałem przemieniony w wampira. To jest tak jakby żyły teraz we mnie dwie osoby, stary ja i wampir. Gdy mam czerwone oczy to on się odzywa, gdy mam moje naturalne to jestem sobą. Wampir sam w sobie jest bezlitosny, wiecznie głodny i nieznoszący sprzeciwów. Każdy wampir jest taki sam i jeśli się zaniedbujemy to tracimy kontrolę nad sobą, a on ją przejmuje. Gdy on jest u władzy to zabija bez skrupułów każdą oddychającą istotę, która znajdzie się w pobliżu. Nie myśli zbyt logicznie i po prostu zabija, wychodząc z założenia, że dużo jest ludzi na świecie. Aby to się nie stało, musimy raz na jakiś czas pić krew. Należałem do jednych ze strażników i naszą rolą było zabijanie tych u których wampir całkowicie przejął kontrolę. Może on ją przejąć na chwile, gdy robimy się głodni, bo na przykład nic nie jemy od tygodnia, ale wystarczy mały posiłek i jest wszystko dobrze. Problem pojawia się, gdy on ma nad nami kontrolę miesiąc czasu z rzędu. Taka osoba zapomina o sobie. Jej osobowość, charakter, zostają wyparte przez cechy wampira.
- To zdarzyło się tobie.
- Tak.
- A jak dokładnie?
- Zostałem zaatakowany z zaskoczenia i uwięziony. Byłem zamknięty w krypcie, która została zacementowana z każdej strony. Wampir przejął nade mną kontrolę. Żywiłem się tylko drobnymi zwierzętami. W takim stanie byłem pięć lat. Dopiero wtedy przypadkiem ktoś rozwalił jedną ze ścian, ja nie mogłem tego zrobić, bo od środka były wyłożone srebrem. Wampir zaatakował. Zabijał każdą osobę jaką tylko spotkał na swojej drodze niezależnie od tego jakiego była gatunku. Widziałem to wszystko, ale nie byłem w stanie nic zrobić. Nie miałem żadnej kontroli nad swoim ciałem. Działał on impulsywnie i robił okropne rzeczy. Zabił setki osób, większość co prawda wampirów, ale część z nich była dobra. Zabił mnóstwo mężczyzn, kobiet i dzieci, dziewczynek i chłopców, staruszków i niemowlaków. Nie mogłem nic zrobić. Dosłownie nic. Kiedy to ja miałem kontrolę to nawet go nie słyszałem, czułem jedynie niektóre jego uczucia, najczęściej głód. Większość osób nie słyszy swoich wampirów. Jak przejął nade mną kontrolę słyszałem jego chaotyczne myśli. Głównie słowa typu: pić, zabić, krew, bronić, uciekać, atak, wolność, zemsta, zabić, pić. Dwa tygodnie po tym jak się uwolniłem moi dawni przyjaciele znaleźli mnie. Wiedzieli, że nie mogą mi pomóc i wiedzieli, że wolałbym umrzeć niż dalej tak żyć. Walczyli ze mną. Walka trwała długo. W jednym momencie wampir się zawahał, przejąłem nad nim kontrolę na tyle, że mogli mnie zabić. Zrobili to szybko, jednym ruchem. Nie byli natomiast w stanie tego dokończyć. Zostawili mnie w alejce w takim stanie, żebym nawet nie mógł się ruszyć, aby słońce dokończyło sprawę. Ono zabija wampiry, ale nie nas. Dlatego oni pozwalają nam mieć aż taką dużą kontrolę. A jakąś godzinę później pojawiłaś się ty. Mój wampir cię polubił. Na tyle, że cię nie zabił. Na początku, gdy cię ugryzł to myślał tylko o tym by pić, był natomiast na tyle wymęczony, że nie był w stanie robić tego szybko. Potem i ja i on mamy dziurę. Następna rzecz jaką pamiętam to to, że byłem w swoim łóżku w samej bieliźnie, a ty machałaś mi ręką przed twarzą.
- Sprawdzałam, czy masz gorączkę.
- Nie rób tego więcej. Wampir zaczął wtedy pić. Słyszał twoje słowa, ale się nimi nie przejął. Słyszał ostrzeżenie, że może cię zabić. Potem straciłaś równowagę, a następnie przytomność. On się przestraszył. Zaczął gorączkowo myśleć, czy naprawdę umarłaś, czy cię zabił i zaczął coś powtarzać o tym, że byłaś odważna, że nie krzyczałaś i że nie powinien ciebie zabijać. Chciał oddać ci krew, ale mu nie pozwoliłem, kazałem mu przyłożyć rękę do szyi i gdy wyczułem puls to uspokoiłem go, że nic ci nie jest. Po raz pierwszy coś takiego przeżyłem. Nie dość, że nigdy nie przejmował się niczyim życiem, to jeszcze nigdy mnie nie słuchał. Dalej był jednak bardzo głodny. Po tym jak się obudziłaś znowu cię ugryzł i zaśmiał się jak powiedziałaś, żeby przestał. Wymyślił sobie plan, że tak spędzi resztę życia. Z tobą w ramionach, a ty będziesz się budziła, dawała mu krew i z powrotem szła spać. Powtarzał, że jesteś boginią, że jesteś wybraną i że jesteś tylko jego. Powtarzał, że jesteś electa Solis cokolwiek to znaczy. Powtarzałem mu, że jego plan jest kiepski, bo cię zabije, ale niezbyt mi uwierzył. Potem, gdy wstałaś i się odwróciłaś, potwierdziłaś moje słowa i powiedziałaś, że uratowałaś mu życie. Zaczął powtarzać, że electa Solis uratowała mu życie, więc musi o nią dbać. Powiedział, że electa Solis musi żyć, nie może umrzeć, ale nie musi mieć wszystkiego, bo i tak się nikt nie dowie i nie będzie zły. Powiedziałem mu wtedy, że mogą się dowiedzieć i będą źli. Pozwolił ci wtedy wstać, ale nie się przebrać. Podobał mu się twój widok w samej pidżamie. Mi z resztą też. Jak straciłaś równowagę na chwilę to cię przytrzymał i pomógł dojść, ale śmiał się, gdy mówiłaś, że nie ma nic do jedzenia, bo stwierdził, że gdybyś była głodna to po prostu byś zjadła, bo jesteś electą Solis i możesz wszystko. Potem powoli odzyskiwałem nad nim kontrolę, bo stwierdził, że więcej wiem i że ja nie zrobię ci krzywdy, a on by mógł. Musiałem jednak pić i to robiłem. Potem, gdy wyszłaś na zakupy to on się wściekł. Przejął nade mną całkowitą kontrolę. Wył i rzucał się po całym pokoju, mówiąc, że to moja wina. Że stracił cię, bo ja pozwoliłem, że przeze mnie uciekłaś. Widziałem, że zostawiłaś torbę, powiedziałem mu to i trochę się uspokoił. Gdy cię zobaczył to rzucił się na ciebie ciągle wściekły. Nie słuchał mnie, gdy mu mówiłem, że to cię boli. Dopiero przez noc, jak znowu trzymał cię w ramionach uspokoił się troszkę. Gdy wstałaś i znowu potwierdziłaś moje słowa, że gdybyś chciała to już by cię nie było, to był już spokojny. Jednak, gdy zobaczył, że naprawdę jesteś w tragicznym stanie to pozwolił mi przejąć kontrolę, bo stwierdził, że sam nie byłby w stanie, być troskliwy, delikatny i cierpliwy.
Długo milczałam po jego opowieści. To było jak przedstawienie wszystkiego z innej perspektywy i ciekawie się tego słuchało.
- Co oznacza electa Solis?
- Mówiłem, że nie wiem.
- Dziękuję ci.
- Co?
Spojrzał na mnie zdziwiony jakbym przybyła z kosmosu. Uśmiechnęłam się przyjaźnie i powtórzyłam.
- Dziękuję ci.
- Za co?
- Za to, że mi to opowiedziałeś.
- Nie musisz dziękować, ale mogłabyś mi wyjaśnić jedną sprawę.
- Tak?
- Dlaczego zostałaś?
- Jak to?
- Dlaczego nie uciekłaś w siną dal kiedy tylko mogłaś i dlaczego nam pomogłaś?
- A co nie chcieliście?
- I ja i on bardzo się z tego cieszymy, ale ja dalej tego nie rozumiem.
- Kiedyś ci opowiem.
- Wolałbym teraz.
Spojrzałam na niego zamyślona. Po chwili westchnęłam i oparłam się o niego.
- No dobra, jestem ci coś winna za opowieść. Pomogłam wam dlatego, że taka jest moja natura. Nie potrafię przejść obok kogoś obojętnie. Zawsze staram się pomóc każdemu komu tylko mogę. Uratowałam już wiele żyć i tak naprawdę jest to jedyny powód dla którego ciągle chce mi się żyć. Gdy znalazłam cię w tamtej alejce, to myślałam, że jesteś ofiarą jakiegoś ataku, ale miałeś puls. Jak chciałam zadzwonić po karetkę to złapałeś mnie za rękę i zacząłeś pić. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że nie zrobisz mi nic złego, że mimo wszystko przeżyję, a nie robiło mi dużej różnicy czy transfuzję robię bezpośrednio, czy przez plastikowe rurki i strzykawkę. Byłam też w małym szoku, bo mimo wszystko nie spodziewałam się czegoś takiego. Dopiero, gdy dotarłam do was do domu to jako tako zrozumiałam co zrobiłam, ale już nie było odwrotu. Mogłam co prawda uciec, ale nie byłabym w stanie opuścić cie, gdy byłeś w aż tak złym stanie. Byłeś nieprzytomny, cały we krwi, brudny i z wieloma ranami ciętymi. To co mogłam zalepiłam, dwie rany musiałam zszyć. I to by było na tyle. Moja historia jest krótsza.
- A jak przetransportowałaś mnie z tamtej ulicy do domu?
- Taksówką.
- Taksówką?
- Tak. Zamówiłam taksówkę. Przyjechała. Włożyłam cię do środka. Przywiozłam tutaj. Kierowca pomógł mi wpakować cię do windy i zaciągnęłam cię, aż pod drzwi.
- Dziękuję ci.
- Ok. Teraz ja się zapytam. Za co?
- Za to, że byłaś taka miła. Że pomogłaś nam, że zostałaś, że dałaś mi szansę, że dzięki tobie żyję.
- No to jesteśmy kwita.
- Nie do końca. Ciągle jestem ci coś winny.
- Zniszczyłam twoje buty.
- Co?
- No… jak cię ciągnęłam po betonie to twoje buty trochę się starły.
Uśmiechnął się znowu od ucha do ucha, a nawet trochę zaśmiał ze mnie. W jego oczach tańczyły wesołe ogniki.
- Pomimo tego, dalej jestem ci coś winny.
- Hmm… no to będzie trzeba coś wymyślić.
- Tak.
- Co ty na to, żebym mogła już wrócić do domu?
Uśmiech momentalnie mu zniknął i przycisnął mnie mimowolnie mocniej do siebie.
- Chcesz teraz odejść?
Słyszałam strach w jego głosie.
- Żartowałam przecież. Jeszcze trochę z tobą zostanę. Przynajmniej dopóki nie wyzdrowiejesz całkowicie, ale i tak będę musiała kiedyś wrócić. Nie mogę ci przecież cały czas głowy zawracać. A teraz jeśli łaska, to chciałabym, żebyś już mnie puścił. Pójdę przebrać się w pidżamę i położę się spać.
Bez słowa mnie puścił i pozwolił iść. Zanim odeszłam widziałam jeszcze na jego twarzy mocne zamyślenie. Ciekawiło mnie o czym dokładnie myśli, ale nie chciałam się już pytać i po prostu poszłam do łazienki. Po przebraniu się i odświeżeniu, uprałam ubrania, zjadłam kolację i napiłam się. Położyłam się do łóżka i dałam mu się jeszcze trochę napić ode mnie. Jak zaczęło mi się kręcić w głowie to dałam mu znak i przestał. Przytulił się mocno do moich pleców trzymając mnie w pasie, a swoją głowę miał wtuloną na moim ramieniu. Tak zasnęłam.
Poprzedni        Następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz