niedziela, 5 listopada 2017

Sekrety lasu - Rozdział 2



                Wstałam, o dziwo wypoczęta i rześka. Dawno tak przytomna się nie czułam. Z wielkim zdziwieniem udałam się do kuchni. Kątem oka spojrzałam na zegarek i odwróciłam szybko wzrok. Chwila. Coś mi nie gra. Cofnęłam się o krok i jeszcze raz zerknęłam na wskazówki, które dalej wskazywały tą samą godzinę. Z niedowierzaniem patrzyłabym jeszcze długo w to jedno miejsce, ale do pomieszczenia wszedł Bartek.
- Ten zegarek był przestawiany?
- Nie.
- Chcesz mi powiedzieć, że przespałam całe sześć godzin?
- Tak. Spałaś jak zabita, po wczorajszych wydarzeniach.
                No tak. Zdarzenia z całej nocy zaczęły napływać do mojej głowy. Westchnęłam ze smutkiem i usiadłam przy stole. Byłam naiwna, skoro sądziłam, iż mogłam komuś zaufać. Nigdy nie powinnam pozwolić komukolwiek zbliżyć się do siebie. Zbyt bardzo boli, gdy oni potem odchodzą. Nie odrywałam wzroku z podłogi, gdy nagle usłyszałam jakiś huk. Bartek padł przede mną na twarz i miałam wrażenie, iż nie zrobił tego przypadkiem.
- Przepraszam cię Kama, za to co zrobiłem. Nigdy nie powinienem wystawić ciebie na tak wielkie niebezpieczeństwo. Zachowałem się jak kretyn i nie istnieją słowa, które mogły by to usprawiedliwić. Przepraszam cię.
- Słuchaj Bartek, nie będę kłamać, że nic się nie stało. Poczułam się zraniona i mogło mi się coś stać, ale mimo to jestem w stanie ci wybaczyć. Jesteś w końcu moim kuzynem. No podnieś się już z podłogi, zaczynam się dziwnie czuć. Było minęło, nie naprawisz już tego. Ważne, że to było jednorazowe i nic mi już więcej nie grozi.
                Podniósł się do klęczek, ale dalej patrzył w ziemię. Był wyraźnie zdenerwowany i kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Pomimo tego jak mnie zranił, było mi go żal. Westchnęłam i spytałam się wprost.
- Czy jest jeszcze coś takiego, co powinnam wiedzieć? – Przez chwilę bił się z własnymi myślami i sam nie wiedział co zrobić. W końcu westchnął i się odezwał.
- Wiktor powiedział, że mam cię powiadomić, iż przyjdzie po ciebie dzisiaj o osiemnastej. – Wiktor? Dlaczego na samo brzmienie jego imienia motyle latają mi w brzuchu? Stanowczo zbyt bardzo na mnie działa.
- Powiedział po co?
- Nie nic więcej nie mówił. Ale zawsze możemy coś wymyślić. Pozostało nam osiem godzin. Zdążysz się spakować i uciec stąd. Nie musisz stawiać mu czoła. Coś wymyślę. Będę cię krył. Mogę to zrobić. Nie chcę ponownie cię narażać. Wystarczy, że raz nie pomyślałem.
- I dalej to robisz.
- Co robię?
- Nie myślisz.
- Jak to?
- Właśnie znowu chciałeś wpakować się w kłopoty, tylko dlatego, że nie przemyślałeś tego.
- Ale to może być dobre rozwiązanie. Będziesz bezpieczna.
- Czy Wiktor odczepi się ode mnie tylko dlatego, że mnie nie będzie?
- No, raczej nie. Ale nie powinien opuszczać tego terenu, jest Alfą naszego stada.
- A jeśli uzna, że musi się dowiedzieć, czy was nie wydam? Przecież będzie to priorytetowa sprawa dotycząca waszego stada i będzie musiał pojechać, aby się tego dowiedzieć. Co by się nie działo i tak się z nim zobaczę. Szkopuł w tym, czy od razu, gdy będzie w dobrym nastroju, czy trochę później, gdy będzie zły i agresywny. – Skończyłam swoją wypowiedź, patrząc na jego reakcję, by upewnić się, czy zrozumiał. Był mocno zamyślony. Po chwili spojrzał mi w oczy i odezwał się poważnym i spokojnym tonem.
- Nigdy by ciebie nie skrzywdził.
- Skąd to wiesz?
- Przy tobie zachowywał się inaczej. Był bardziej zrelaksowany, mniej agresywny. Wcześniej nawet nie sądziłem, iż potrafi się śmiać. Wybaczył mi, a wcześniej się nie zdarzało, aby komukolwiek odpuścił, od tak. Lubi cię i szanuje. Sama wzmianka o tym, że mogłabyś zostać skrzywdzona poruszyła go. Nie skrzywdził by cię nigdy, a przynajmniej nie specjalnie. A nie wiem, co musiałoby się takiego zdarzyć, aby stracił nad sobą panowanie i zaatakował cię. – Ogarnął mnie dreszcz podniecenia, połączony z radością i strachem.
- No widzisz. Więc możesz na spokojnie puścić mnie na spotkanie z nim. Przydałoby mi się tylko jakieś śniadanko. Zrobisz coś? – Nawet nie odpowiedział, tylko zabrał się za robotę, dając mi chwilę do namysłu. Czy to możliwe, aby Wiktor zdążył wyrobić sobie na mój temat dobre zdanie? Abym jakoś na niego wpływała? Nie, to raczej nie jest możliwe. Bo niby jak? Jestem nikim. Zawsze byłam i będę. Nic nie potrafię, a urody mi brakuje. Dlaczego miałabym na niego zadziałać? Zbyt duża to była sugestia ze strony Bartka i teraz będzie mnie to męczyć.
                Położył przede mną talerz z kanapkami i jajecznicą. Porcja jak dla kilku chłopów, ale nie będę już narzekać na takie szczegóły. Zostawiłam połowę. Podziękowałam mu i wyszłam z pomieszczenia. W co ja mam się ubrać? Co on planuje? Powinno to być coś wygodnego, czego nie będzie mi szkoda, jeśli by się zniszczyło w lesie, a jednocześnie coś ładnego. Ale dlaczego chciałam wyglądać dla niego pięknie, to już nie wiem. Albo i wiem, ale zbyt trudno jest mi się do tego przyznać. Nie po tym, co się mi przydarzyło.
                Najbliższe sześć godzin spędziłam na rozmyślaniu i wyborze stroju. Między czasie parędziesiąt razy zmieniając koncepcję, aby skończyć na zwykłych leginasach, t-shircie i bluzie. Po chwili zamyślenia, wymieniłam bluzę na wczorajszy polar. Jakoś lepiej mi się kojarzył. W świetle mogłam przynajmniej ocenić czyj on jest, aby stwierdzić, że rzeczywiście był kiedyś wujka, ale zeszłego lata oddał mi go, bo po praniu, na niego był już za mały. Zapomniałam wziąć go ze sobą do domu, więc został tutaj. A teraz był mi o wiele bardziej potrzebny niż kiedykolwiek. Założyłam buty i postanowiłam wyjść, wiedząc, iż nie wysiedzę dłużej w domu.
- Bartek?
- Tak.
- Idę się przewietrzyć. Nie wytrzymam tutaj dłużej. Jak nie zdążę wrócić, to powiedz Wiktorowi, że poszłam na łąki.
- Ok.
- Tylko proszę cię, nie kombinuj. On i tak mnie znajdzie, więc równie dobrze możesz mu od razu powiedzieć gdzie będę, dobrze? – Spytałam, chcąc uzyskać pewność, iż nie wpakuje się w następne tarapaty.
- Dobrze. – Westchnął i zgodził się, bardziej ufając mi, niż samemu sobie. Postałam jeszcze chwilę, aby się upewnić, iż nic nie wymyśli i wyszłam z domu. Było jeszcze ciepło, więc polar zawiązałam w pasie i udałam się w kierunku łąki. Była ogromnym, kilkuhektarowym terenem, na którym nic nie było, nie licząc kilku drzew i rzeczki na obrzeżu. Kiedyś ten teren podobno należał do przyjaciela naszej rodziny. Potem nam została ziemia przekazana, ale bez praw na wykorzystanie jej. Nigdy dokładnie nie wnikałam o co chodzi, ale teraz zaczynało to nabierać większego sensu. Był to na tyle olbrzymi obszar, iż wilkołaki mogą tu do woli biegać. Jest niestrzeżony, a najbliższy dom, jest Bartka, który jest jednym z nich. Próbując rozmyślać tylko, o tematach choć trochę bezpiecznych coraz bardziej oddalałam się od miejsca spotkania.
***
                Punktualnie o osiemnastej. Podszedłem pod dom. Na samą myśl o ponownym spotkaniu jej czułem się szczęśliwy. Kulturalnie zapukałem do drzwi, w których pokazał się Bartek, od razu patrzący na nogi. Musiałem go w końcu porządnie wystraszyć, bo był cały spięty, jakby oczekiwał, że zaraz go uderzę. Wciągnąłem do płuc powietrze i ze zmarszczonym czołem, odkryłem, iż prawie nie czuje jej zapachu.
- Ona tu jest?
- Nie.
- Przekazałeś jej wiadomość?
- Tak.
- I pozwoliłeś jej odejść! Aby stąd wyjechała, gdy nie wiadomo, czy nas nie wyda! – Byłem na niego wściekły i ledwo hamowałem swojego wilka, aby nie wyskoczył. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem, aż takie problemy z samokontrolą. Złapałem go ręką za gardło i uniosłem do góry. Odruchowo podniósł dłonie do moich rąk, ale po moim warknięciu, opanował je, aby opadły wzdłuż jego ciała.
- Czy masz mi coś jeszcze do powiedzenia? – Rzuciłem przez zęby z myślą o zabiciu go.
- Mam wiadomość. – Z trudem wychrypiał.
- Jaką? – Próbował chyba odpowiedzieć, ale dużo nie zrozumiałem.
- Od niej. – Opuściłem go na ziemię, ale dalej trzymałem go za gardło.
- Co powiedziała?
- Że jeśli się spóźni, to mam cię powiadomić, iż poszła na łąkę za domem. – Niewyobrażalna ulga przeszła przez moje ciało. Puściłem go, a on cofnął się kilka kroków łapczywie biorąc oddech. Uspokoiłem się. Z powrotem byłem odprężony, ale jeszcze nie całkowicie. Dopiero, gdy ją ponownie zobaczę, to może odsapnę. Dlaczego, ona ma na mnie, aż taki wpływ, by moje nastroje zaczęły być zależne od niej?
- Jeśli kłamiesz… - Nawet nie skończyłem groźby. Sama myśl, iż mógłby mnie oszukać w jej sprawie powodowała u mnie nieokiełznaną złość. Wybiegłem z domu i skupiłem się na jej słabo wyczuwalnym zapachu. Pobiegłem za  nim, próbując tylko kontrolować się na tyle, aby się nie przemienić.
***
                Byłam już zmęczona czekaniem i moimi myślami. Spojrzałam na zegarek i z przerażeniem odkryłam, iż jest kwadrans po osiemnastej. Podniosłam się z ziemi i odkręciłam, by wpaść prosto na czyjąś klatkę. Wydukałam jakieś przepraszam i położyłam ręce na jego piersi próbując się odepchnąć. Przytrzymał mnie rękami z tyłu, aby mi to uniemożliwić. Ze zmarszczonym czołem spojrzałam w górę, aby bez większego zdziwienia odkryć, iż był to tylko Wiktor.
- Ech… Nie strasz mnie więcej.
- Ja? Straszyć? Ciebie? – Jego głos był lekko kpiący, ale i tak sprawił, iż moje serce zaczęło szybciej bić.
- Nie wierzysz w to, iż mógłbyś mnie przestraszyć?
- Czemu nie czekałaś w domu?
- Chciałam się przewietrzyć.
- Ale powiedziałem przecież, że będę po ciebie o osiemnastej.
- Tak. Ale w żadnym razie nie mówiłeś, że mam tam być. Albo, iż twoja obecność coś zmieni. Nie mówiąc już drobnej kwestii dotyczącej tego, że nie umawiałam się z tobą na spotkanie, więc mogłam po prostu nie mieć na nie ochoty. – Przez chwilę patrzył na mnie zdumiony, jakbym była przybyszem z obcej planety, co wykorzystałam, aby się uwolnić i zacząć maszerować wzdłuż rzeki. Po chwili się otrząsnął i zaczął iść obok mnie.

Poprzedni                 Następny

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz