Moja głowa, co tym razem się stało? Zirytowana i ciągle wściekła podniosłam się do pozycji siedzącej i otworzyłam oczy.
- W końcu. Już zaczynałem się martwić. Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Na pewno?
- Tak.
- Czyli teraz już możesz opuścić to miejsce?
- Mam nadzieję.
Powiedziałam cicho i rozejrzałam się w koło. Była już noc. Przetarłam twarz jeszcze raz pozbywając się objawów zmęczenia i roztargnienia. Czułam się jakoś inaczej. Lekko. Zamknęłam oczy i popatrzyłam w głąb siebie. To było to. Jakiś czas temu byłam uczona magii. Staruszek nie miał tyle sił, aby mnie uwolnić, ale mógł mnie sporo nauczyć. Cały rok mnie szkolił i zostawił po sobie księgi z zaklęciami. Miałam problemy z wykonywaniem większości ćwiczeń, bo jak powiedział miałam blokadę na mocy. Teraz poczułam, jakby tą blokadę mi zdjęto. Byłam w końcu wolna. Uśmiechnęłam się radośnie do staruszka i wstałam na nogi. Rozejrzałam się w koło. Nic nie musiałam zabierać, bo wszystko miałam w płaszczu. Odwróciłam się i wyszłam na łąkę. Dawno nie czułam się tak wspaniale. Wzięłam głęboki oddech, a wiatr tańczył w moich włosach.
- Idziemy?
Spytał Henri. Pokiwałam głową i ruszyłam z nim. Gdzieś w środku bałam się, że to wszystko jest złudzeniem, snem. Miałam wrażenie, iż zaraz uderzę głową w barierę i tyle będzie z mojej wolności. Chwilę zawahałam się w miejscu, z którego nie mogłam wcześniej pójść dalej. Podekscytowana poszłam na przód i z ogromną radością odkryłam, że bariery naprawdę nie było. Gaweł mnie uratował. Westchnęłam wesoło i niemal w podskokach poszłam za Henrim do jego domu. Weszłam po schodkach, a zanim doszliśmy do drzwi, otworzyły się i wyszła jego żona.
- Henri! Nawet nie wiesz jak się o ciebie bałam. Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Ale na pewno?
- Tak, poznaj moja droga Patrycję.
- Witam. Kim ona jest?
- Jest dziewczynką z tej zrujnowanej stodoły. Mieszkała tam przez jedenaście lat nie mogąc się oddalić. Dzisiaj został z niej zdjęty czar.
- Ojej. Biedaczka. Na pewno jesteś głodna. Wejdź do środka.
- Ja tylko na chwilkę, nie chcę państwu przeszkadzać.
- Co za bzdury opowiadasz. Rozgość się.
- Czy mogłabym skorzystać z łazienki?
- Naturalnie, trzecie drzwi po lewo, a ja w tym czasie przygotuję ciepły posiłek.
Pokiwałam głową i udałam się we wskazanym kierunku. Weszłam do pomieszczenia i się rozejrzałam. Było niemal identyczne jak to, jakie pamiętam z mojego dzieciństwa. Chłonęłam tą codzienność, gdy zobaczyłam na jednej z szafek lustro. Podeszłam do niego i postanowiłam się sprawdzić. Zamknęłam oczy i spróbowałam wyczuć swoją moc. Było jej więcej niż pamiętałam i miałam wrażenie, że jej ilość ciągle się powiększa. Widocznie blokada była naprawdę potężna, skoro hamowała całą moją magię. Pewnie dlatego tak wiele rzeczy mi się nie udawało. Pomyślałam o jednym z zaklęć, aby usunąć cały brud i smród z ciała i ku mojemu zdumieniu zrobiłam to bez najmniejszego problemu. Nie musiałam nawet wypowiadać słów, a to już wiele znaczyło. Skupiłam się na innych zaklęciach, aby zmienić mój ubiór w ładną, ale skromną niebieską sukienkę, a płaszcz wyczyścić, pozbyć się wszelkich plam, łat, zadrapań i nadać mu ciemnogranatową barwę. Zadowolona z efektu i tego jak łatwo mi to przyszło udałam się za głosami gospodarzy do jadalni. Zobaczyłam posiłek składający się z dwóch ciepłych dań. Uśmiechnęłam się, chociaż nie sięgał on moich oczu.
- Dziękuję wam bardzo, ale nie mogę z tego skorzystać. Nie miałabym się jak odwdzięczyć.
- Co za bzdury opowiadasz. Uratowałaś mojego męża! Będziemy twoimi dłużnikami do końca życia.
- To naprawdę nic wielkiego.
- Skromność jest ceniona, ale nie zawsze w obecnych czasach. Usiądź z nami i chociaż zjedz troszeczkę.
Niepewnie zbliżyłam się do stołu i poczekałam aż odmówią modlitwą. Wzięłam widelec i posmakowałam strawy. Dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. Zwykle tylko jakieś resztki, a to było przepyszne.
- Widzę, że ci smakuje.
- Bardzo, dziękuję.
- Podziękujesz jutro po śniadaniu.
- Nie mogę zostać, aż tak długo. Po posiłku wychodzę.
- O tak późnej porze? Dziecko, przecież to niebezpieczne. Nie mówiąc nic o tym, że nic nie zobaczysz. Po za tym, gdzie chcesz się udać?
- Do Evobinu.
- Ale to czterysta kilometrów stąd!
- Dzień drogi na koniu.
- Ale nie masz konia.
- Zdobędę. Nie martwcie się o mnie.
Wzięłam ostatnie kęsy do ust, otarłam kącik przygotowaną na to chusteczką i wstałam od stołu.
- Przepraszam za mój brak kultury i to, że na was nie zaczekam, ale naprawdę muszę już iść.
Henri wstał od stoły i złapał mnie za rękę.
- W takim razie ruszam z tobą.
- Słucham?
- Obiecałem tamtemu żołnierzowi, że włos ci z głowy nie spadnie i zamierzam tego dopilnować.
Odwróciłam się do niego z miłym uśmiechem. Był chyba pierwszą osobą, od dawna, która dla mnie chciała ryzykować.
- Nie martw się. Teraz jestem wolna i mogę wszystko. Poradzę sobie. Zostań w domu z żoną.
- Jestem człowiekiem honoru i zrobię to co obiecałem, chociażbym miał przy tym zginąć.
- Twoja żona nigdy by mi tego nie wybaczyła, gdybym pozwoliła ci iść ze mną w podróż.
- Trudno. Zamierzam z tobą pójść i nie wybijesz mi już tego pomysłu z głowy.
Zamyśliłam się przez chwilę patrząc na niego. Wiedziałam, że zrobiłby to. Pojechałby ze mną, a przy swoim wieku, długo by nie wytrzymał. Odsunęłam się z westchnięciem.
- Przepraszam.
Szepnęłam i zaczęłam w głowie układać formułki. Wyciągnęłam dłonie i wyczyściłam z ich pamięci wszystkie wspomnienia ze mną. Upewniłam się, że wszystko jest dobrze i wyszłam na zewnątrz. Na drodze pomyślałam kolejne zaklęcie i przywołałam do siebie konia. Uspokoiłam go głaskając po grzbiecie i szepcząc ciche słówka. Wsiadłam na niego i kazałam mu galopem pędzić w stronę miasta. Znałam całą okolicę i miałam wymyślony plan na właśnie taką sytuację. Wątpiłam, aby kiedyś ktoś mnie uwolnił, ale z nadmiaru czasu miałam pomysł co zrobię jeśli uda mi się uciec.
Pod mury miasta dotarłam kolejnego dnia koło dwudziestej. Między czasie zrobiłam tylko krótką przerwę, aby koń odpoczął. Tuż przed bramą upewniłam się, że mój strój jest nienaganny, a sukienka bardziej wyszukana. Zwolniłam i stanęłam, gdy dotarłam na miejsce.
- Stój! Kim jesteś?
Zapytał się strażnik patrząc przez mały wizjer w bramie. Wokół niego pulsowała fioletowa magia.
- Chciałabym wejść do miasta.
- Czego szukasz?
- Schronienia na nadchodzące dni.
- Gdzie zamierzasz się zatrzymać?
- U przyjaciela.
- U kogo?
- Nie muszę wyjawiać wszystkich danych. Proszę, wpuść mnie do środka, zaczyna robić się zimno.
Popatrzył na mnie zmieszany, ale też trochę zirytowany. Po chwili westchnął i wpuścił mnie do środka.
- Jeśli nie chcesz powiedzieć, to będę musiał zarekwirować ci konia.
- Dobrze, ale dbaj o niego i nie pozwól go zabić. Znam wysoko postawione osoby i będę potrafiła skrócić cię o głowę, jeśli coś mu lub mi się stanie.
- Jeśli dalej będziesz mi grozić, to za daleko nie pojedziesz.
Popatrzyłam na niego uważnie. Po chwili uśmiechnęłam się niby kpiarsko, gdy zeszłam już z konia i dygnęłam lekko.
- Wybacz mi panie. Od dziecka byłam izolowana od otoczenia i nie zawsze potrafię zachować się tak jak powinnam.
Teraz z kolei on mi się przypatrywał. Pokiwał głową z irytacją i machnął mi ręką, że mogą odejść. Uśmiechnęłam się, nasunęłam kaptur na głowę i zaczęłam iść w stronę kryjówki Pitera. Dobrze pamiętałam każdy krok, ponieważ dał mi kiedyś mapę i przez pewien czas niemal codziennie się na nią wpatrywałam. Rozejrzałam się w koło, czy aby na pewno nikt mnie nie śledzi i nacisnęłam kamień szepcząc w głowie zaklęcia, aby ściana się przesunęła robiąc mi wejście. W środku było ciemno. Używając kolejnej sztuczki z mojego obszernego arsenału sprawiłam, że widziałam pomimo mroku. Wytężyłam słuch i zaczęłam iść w kierunku głosu przyjaciela. Weszłam do pokoju i stanęłam przy jednej ze ścian. W pomieszczeniu znajdowało się dwunastu mężczyzn. Każdy z nich posiadał duże ilości niebieskiej magii, jednak nie tak wielkie jak miał Gaweł. Kryjąc się w cieniu z uśmiechem zaczęłam przysłuchiwać się ich rozmowie.
- Musimy w końcu zacząć działać.
- Ale niby co mamy zrobić? Nie mamy wpływów, pieniędzy, czy chociażby żywności. Aby cokolwiek osiągnąć potrzebowalibyśmy choćby statystyk, aby wiedzieć ile nas jest i ile czego potrzeba, a my nie wiemy nic. Jedynie ukrywamy się jak szczury.
- Na pewno możemy coś zrobić.
- Każdy nasz pomysł kończy się fiaskiem. Dobrze wiecie, że udało się tylko kilka planów, a i tak były one od Pitera. Może on niech się odezwie?
- Nie mam żadnych pomysłów. Mówiłem wam, że to co przerobiliśmy to były plany mojej przyjaciółki. Gdyby ona teraz mogła tu być.
Powiedział cicho, wzdychając.
- A niby czemu być nie może.
- Bo jest uwięziona, a uwolnić mogłaby ją tylko osoba, która ma duże pokłady magii. Zaklęcie na nią nałożone jest zbyt silne nawet dla mnie.
- Może spróbujmy razem. Sprowadzimy ją tu.
- Tak!
- Ale kto się jej posłucha?
- A niby czemu mielibyśmy jej nie słuchać?
- Bo jest młoda.
- Co do tego ma wiek, jeśli posiada umiejętności?
- Nie wiem. Chyba po prostu zaczynam tracić nadzieję.
Smutno z westchnieniem odrzekł Piter. Było mi go szkoda. Zbliżyłam się do nich i położyłam mu rękę na plecach. Nikt nie widział jak podchodzę, więc automatycznie podskoczył i wyciągnął broń. Wyciągnęłam swoją, aby obronić się przed bezwarunkowym atakiem z jego strony. Spadł mi kaptur z głowy, a on otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i schowałam miecz z powrotem do płaszcza.
- Tak to się wita przyjaciół po długim czasie? Ja tu się męczę, kombinuję, a jak w końcu znalazłam osobę, która mnie uwolniła to mnie po prostu atakujesz. Chcesz mnie zabić, czy jak?
- Patrycja! O mój ty Boże. Co ty tutaj robisz?
Krzyknął przeszczęśliwy. Rzucił broń na ziemię, wziął mnie w uścisk i zaczął obracać w koło. Mimo wolnie zaczęłam się śmiać. Dopiero po chwili postawił mnie na ziemi.
- Nie wierzę, że tutaj jesteś. Kto cię uwolnił?
- Jeden z nich.
- Ale jak to możliwe? Przecież oni są bestiami bez serca.
- Nie wiem, ale się dowiem i prawdopodobnie jak to zrozumiem to rozwiążę wszystkie nasze problemy.
- No, no. Nie musisz się, aż tak rozpędzać.
- To ona?
- Tak Brian.
- Nie sądziłem, że jest, aż tak młoda.
- Ale za to dużo wiem.
- Niby co?
Zamknęłam na chwilę oczy i oparłam dłonie o stół. Zaczęłam skupiać się na kolejnym zaklęciu. Po chwili otworzyłam oczy.
- W tym mieście znajduje się sto żołnierzy, sto pięćdziesiąt naszych pracujących, czterdziestu bez pracy, więc głodujących, oraz trzydziestu będących w ruchu oporu. Jest nas więcej i będziemy mogli się oswobodzić. Takie dysproporcje są w każdym mieście, oprócz stolicy. Jesteśmy w stanie ich pokonać, ale nie dziś, czy jutro. Musi się na to złożyć ciężka praca i kombinowanie. Pierwsza rzecz jaką musimy osiągnąć to eliminacja głodu. Musimy wzmacniać naszych z każdym dniem, gdy zyskają chociaż trochę siły to zacząć ich szkolić w walce wręcz i z bronią. Następnym etapem będzie nauczenie magii tych co mają możliwości. Kolejnym będzie wojna. Trzeba jedynie obmyślić dokładnie jak do wszystkiego dojść. Wszystkie szczegóły są do dopracowania. Łącznie z końcowych, czy chcemy, aby wszystko działo się jednocześnie we wszystkich miastach, czy my będziemy iść i odbijać po kolei każde miejsce.
- Wszędzie jednocześnie byłoby najlepiej.
- Dobrze. To zacznijmy teraz od początku. Jak można wyeliminować głód?
- Dostarczając żywność.
- Jak?
- Podkradając ją ze spichlerza.
- To dużo nie da. To co zabierzemy dla ludzi głodujących to będą to racje pracujących. Natomiast nasz wróg dalej będzie jadł tyle ile je.
Zrobiłam chwilę przerwy, aby przyswoili sobie te informacje, po tym jak już zaakceptowali, że coś wiem i będę rządzić, a przynajmniej tymczasowo.
- Zróbmy inaczej. Jak wy zdobywacie pożywienie dla siebie?
- Mamy za murami kilka osób dla nas pilnujących pola i myśliwych polujących na zwierzynę.
- Więc podwoimy ilość ludzi tym zajmującym się. Gdy będą większe dostawy pożywienia to weźmiemy do siebie grupę głodujących. Damy im schronienie i opiekę. Zaczniemy też szkolić jak tylko zyskają chociaż trochę siły. Natomiast jeśli chodzi o grupę pracującą, to też będziemy musieli powiadomić ich o treningach i wymagać obecności, a także tego, by się nie wygadali. Wszystko będzie musiało być tak ułożone czasowo, aby żołnierze się nie zorientowali, iż coś się dzieje. Pomoże nam trochę zaklęcie, które rzucę na każdego żołnierza jakiego znajdę, powodujące, że nie będzie dostrzegał niektórych zmian. Gdy grupa głodująca nabierze sił, to też będzie poświęcać trochę czasu na zdobywanie pożywienia. W taki sposób będziemy mieli go na tyle dużo, aby wykarmić też grupę pracującą, aby się nie zbuntowała. Jak wszyscy będą nasyceni, to bardziej przyłożą się do ćwiczeń. Obstawiam, że potrzebujemy koło roku, jak nie dwóch, aby mieć tyle siły, by pokonać żołnierzy z tego miasta. Ktoś jest przeciw mojemu pomysłowi? Jakieś uwagi? Propozycje? Zmiany?
Popatrzyłam uważnie na nich, ale każdy dopiero zaczynał nad tym rozmyślać.
- W takim razie sądzę, że powinien to być koniec spotkania. Niech każdy to przemyśli i nikt nie wygada tego co zostało tu powiedziane. Zastanowię się nad rozłożeniem wszystkiego w czasie i powiadomię was na jutrzejszym spotkaniu. Przygotujcie się, aby powiedzieć wszystkie swoje uwagi, zastrzeżenia, propozycje. Chodzi o to, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Odwróciłam się i wyszłam z sali. Słyszałam jeszcze, że Piter za mną biegł, ale wiedziałam, iż mnie dogoni.
- Czekaj Pati. Wspaniała przemowa. Napełniłaś ich wszystkich optymizmem i nadzieją. Teraz jesteśmy stu procentowo pewni, że wszystko w końcu się uda. Nareszcie widzimy koniec naszej udręki!
Nic nie odpowiedziałam, tylko ze spuszczoną głową szłam po schodach na górę. Otworzyłam tajne przejście i wyszłam na dach. Usiadłam na krawędzi i dyndając w powietrzu nogami patrzyłam w dal.
- Ej Pati, co się dzieje? W końcu jesteś wolna, nie cieszysz się?
- Cieszę. Ale tak naprawdę dopiero tutaj zobaczyłam jak ważne jest, aby każdy mój plan się powiódł.
- Wszystko się ułoży. Przecież już wszystko dopracowałaś, a czego nie zrobiłaś to pomożemy wykonać. Pamiętaj, że masz nas.
- Dziękuję.
- Co jeszcze cię martwi?
- Wiele rzeczy.
- Powiedz. Jak mi się nie wygadasz to komu?
- Boję się. Najzwyczajniej w świecie obleciał mnie strach. Martwię się, bo jest to dla mnie zbyt dużo odpowiedzialność. Zawsze coś może pójść nie tak, a nie chciałabym, abyście mieli jeszcze gorzej.
- Przynajmniej spróbujemy.
- Po za tym, mam wrażenie, że o czymś zapominam. Coś los chce mi powiedzieć, a ja nie wiem co. Mam też problem ze zrozumieniem naszego wroga, z tego co kojarzę to od zawsze byli oni źli, ale ostatnio zaczynam mieć wątpliwości czy wszyscy. Jeśli choćby grupa ich była dobra, to mogliby nam pomóc, a wtedy łatwiej byłoby osiągnąć cel. Jest też jedna rzecz której nie rozumiem. Wokół każdej osoby widzę kolor i ilość jego magii. Każda osoba jaką spotkała miała jeden z czterech kolorów: niebieski, czerwony, fioletowy i różowy. Nie wiem co te kolory oznaczają. Innymi słowy mam dużo zmartwień.
- Nie bój się. Damy sobie radę. Poradzisz sobie ze wszystkim. Samo wymyślenie planu to już coś. Nie zajmuj sobie też głowy takimi możliwościami, jak to, czy są wśród nich dobrzy, bo za wiele ci to nie da.
- Ech… dziękuję ci. Idę teraz rzucić czar na żołnierzy, aby nie dostrzegali drobnych zmian, a jutro powiem krok po kroku co będziemy robić w najbliższym czasie.
- W końcu. Już zaczynałem się martwić. Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Na pewno?
- Tak.
- Czyli teraz już możesz opuścić to miejsce?
- Mam nadzieję.
Powiedziałam cicho i rozejrzałam się w koło. Była już noc. Przetarłam twarz jeszcze raz pozbywając się objawów zmęczenia i roztargnienia. Czułam się jakoś inaczej. Lekko. Zamknęłam oczy i popatrzyłam w głąb siebie. To było to. Jakiś czas temu byłam uczona magii. Staruszek nie miał tyle sił, aby mnie uwolnić, ale mógł mnie sporo nauczyć. Cały rok mnie szkolił i zostawił po sobie księgi z zaklęciami. Miałam problemy z wykonywaniem większości ćwiczeń, bo jak powiedział miałam blokadę na mocy. Teraz poczułam, jakby tą blokadę mi zdjęto. Byłam w końcu wolna. Uśmiechnęłam się radośnie do staruszka i wstałam na nogi. Rozejrzałam się w koło. Nic nie musiałam zabierać, bo wszystko miałam w płaszczu. Odwróciłam się i wyszłam na łąkę. Dawno nie czułam się tak wspaniale. Wzięłam głęboki oddech, a wiatr tańczył w moich włosach.
- Idziemy?
Spytał Henri. Pokiwałam głową i ruszyłam z nim. Gdzieś w środku bałam się, że to wszystko jest złudzeniem, snem. Miałam wrażenie, iż zaraz uderzę głową w barierę i tyle będzie z mojej wolności. Chwilę zawahałam się w miejscu, z którego nie mogłam wcześniej pójść dalej. Podekscytowana poszłam na przód i z ogromną radością odkryłam, że bariery naprawdę nie było. Gaweł mnie uratował. Westchnęłam wesoło i niemal w podskokach poszłam za Henrim do jego domu. Weszłam po schodkach, a zanim doszliśmy do drzwi, otworzyły się i wyszła jego żona.
- Henri! Nawet nie wiesz jak się o ciebie bałam. Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Ale na pewno?
- Tak, poznaj moja droga Patrycję.
- Witam. Kim ona jest?
- Jest dziewczynką z tej zrujnowanej stodoły. Mieszkała tam przez jedenaście lat nie mogąc się oddalić. Dzisiaj został z niej zdjęty czar.
- Ojej. Biedaczka. Na pewno jesteś głodna. Wejdź do środka.
- Ja tylko na chwilkę, nie chcę państwu przeszkadzać.
- Co za bzdury opowiadasz. Rozgość się.
- Czy mogłabym skorzystać z łazienki?
- Naturalnie, trzecie drzwi po lewo, a ja w tym czasie przygotuję ciepły posiłek.
Pokiwałam głową i udałam się we wskazanym kierunku. Weszłam do pomieszczenia i się rozejrzałam. Było niemal identyczne jak to, jakie pamiętam z mojego dzieciństwa. Chłonęłam tą codzienność, gdy zobaczyłam na jednej z szafek lustro. Podeszłam do niego i postanowiłam się sprawdzić. Zamknęłam oczy i spróbowałam wyczuć swoją moc. Było jej więcej niż pamiętałam i miałam wrażenie, że jej ilość ciągle się powiększa. Widocznie blokada była naprawdę potężna, skoro hamowała całą moją magię. Pewnie dlatego tak wiele rzeczy mi się nie udawało. Pomyślałam o jednym z zaklęć, aby usunąć cały brud i smród z ciała i ku mojemu zdumieniu zrobiłam to bez najmniejszego problemu. Nie musiałam nawet wypowiadać słów, a to już wiele znaczyło. Skupiłam się na innych zaklęciach, aby zmienić mój ubiór w ładną, ale skromną niebieską sukienkę, a płaszcz wyczyścić, pozbyć się wszelkich plam, łat, zadrapań i nadać mu ciemnogranatową barwę. Zadowolona z efektu i tego jak łatwo mi to przyszło udałam się za głosami gospodarzy do jadalni. Zobaczyłam posiłek składający się z dwóch ciepłych dań. Uśmiechnęłam się, chociaż nie sięgał on moich oczu.
- Dziękuję wam bardzo, ale nie mogę z tego skorzystać. Nie miałabym się jak odwdzięczyć.
- Co za bzdury opowiadasz. Uratowałaś mojego męża! Będziemy twoimi dłużnikami do końca życia.
- To naprawdę nic wielkiego.
- Skromność jest ceniona, ale nie zawsze w obecnych czasach. Usiądź z nami i chociaż zjedz troszeczkę.
Niepewnie zbliżyłam się do stołu i poczekałam aż odmówią modlitwą. Wzięłam widelec i posmakowałam strawy. Dawno nie jadłam czegoś tak dobrego. Zwykle tylko jakieś resztki, a to było przepyszne.
- Widzę, że ci smakuje.
- Bardzo, dziękuję.
- Podziękujesz jutro po śniadaniu.
- Nie mogę zostać, aż tak długo. Po posiłku wychodzę.
- O tak późnej porze? Dziecko, przecież to niebezpieczne. Nie mówiąc nic o tym, że nic nie zobaczysz. Po za tym, gdzie chcesz się udać?
- Do Evobinu.
- Ale to czterysta kilometrów stąd!
- Dzień drogi na koniu.
- Ale nie masz konia.
- Zdobędę. Nie martwcie się o mnie.
Wzięłam ostatnie kęsy do ust, otarłam kącik przygotowaną na to chusteczką i wstałam od stołu.
- Przepraszam za mój brak kultury i to, że na was nie zaczekam, ale naprawdę muszę już iść.
Henri wstał od stoły i złapał mnie za rękę.
- W takim razie ruszam z tobą.
- Słucham?
- Obiecałem tamtemu żołnierzowi, że włos ci z głowy nie spadnie i zamierzam tego dopilnować.
Odwróciłam się do niego z miłym uśmiechem. Był chyba pierwszą osobą, od dawna, która dla mnie chciała ryzykować.
- Nie martw się. Teraz jestem wolna i mogę wszystko. Poradzę sobie. Zostań w domu z żoną.
- Jestem człowiekiem honoru i zrobię to co obiecałem, chociażbym miał przy tym zginąć.
- Twoja żona nigdy by mi tego nie wybaczyła, gdybym pozwoliła ci iść ze mną w podróż.
- Trudno. Zamierzam z tobą pójść i nie wybijesz mi już tego pomysłu z głowy.
Zamyśliłam się przez chwilę patrząc na niego. Wiedziałam, że zrobiłby to. Pojechałby ze mną, a przy swoim wieku, długo by nie wytrzymał. Odsunęłam się z westchnięciem.
- Przepraszam.
Szepnęłam i zaczęłam w głowie układać formułki. Wyciągnęłam dłonie i wyczyściłam z ich pamięci wszystkie wspomnienia ze mną. Upewniłam się, że wszystko jest dobrze i wyszłam na zewnątrz. Na drodze pomyślałam kolejne zaklęcie i przywołałam do siebie konia. Uspokoiłam go głaskając po grzbiecie i szepcząc ciche słówka. Wsiadłam na niego i kazałam mu galopem pędzić w stronę miasta. Znałam całą okolicę i miałam wymyślony plan na właśnie taką sytuację. Wątpiłam, aby kiedyś ktoś mnie uwolnił, ale z nadmiaru czasu miałam pomysł co zrobię jeśli uda mi się uciec.
Pod mury miasta dotarłam kolejnego dnia koło dwudziestej. Między czasie zrobiłam tylko krótką przerwę, aby koń odpoczął. Tuż przed bramą upewniłam się, że mój strój jest nienaganny, a sukienka bardziej wyszukana. Zwolniłam i stanęłam, gdy dotarłam na miejsce.
- Stój! Kim jesteś?
Zapytał się strażnik patrząc przez mały wizjer w bramie. Wokół niego pulsowała fioletowa magia.
- Chciałabym wejść do miasta.
- Czego szukasz?
- Schronienia na nadchodzące dni.
- Gdzie zamierzasz się zatrzymać?
- U przyjaciela.
- U kogo?
- Nie muszę wyjawiać wszystkich danych. Proszę, wpuść mnie do środka, zaczyna robić się zimno.
Popatrzył na mnie zmieszany, ale też trochę zirytowany. Po chwili westchnął i wpuścił mnie do środka.
- Jeśli nie chcesz powiedzieć, to będę musiał zarekwirować ci konia.
- Dobrze, ale dbaj o niego i nie pozwól go zabić. Znam wysoko postawione osoby i będę potrafiła skrócić cię o głowę, jeśli coś mu lub mi się stanie.
- Jeśli dalej będziesz mi grozić, to za daleko nie pojedziesz.
Popatrzyłam na niego uważnie. Po chwili uśmiechnęłam się niby kpiarsko, gdy zeszłam już z konia i dygnęłam lekko.
- Wybacz mi panie. Od dziecka byłam izolowana od otoczenia i nie zawsze potrafię zachować się tak jak powinnam.
Teraz z kolei on mi się przypatrywał. Pokiwał głową z irytacją i machnął mi ręką, że mogą odejść. Uśmiechnęłam się, nasunęłam kaptur na głowę i zaczęłam iść w stronę kryjówki Pitera. Dobrze pamiętałam każdy krok, ponieważ dał mi kiedyś mapę i przez pewien czas niemal codziennie się na nią wpatrywałam. Rozejrzałam się w koło, czy aby na pewno nikt mnie nie śledzi i nacisnęłam kamień szepcząc w głowie zaklęcia, aby ściana się przesunęła robiąc mi wejście. W środku było ciemno. Używając kolejnej sztuczki z mojego obszernego arsenału sprawiłam, że widziałam pomimo mroku. Wytężyłam słuch i zaczęłam iść w kierunku głosu przyjaciela. Weszłam do pokoju i stanęłam przy jednej ze ścian. W pomieszczeniu znajdowało się dwunastu mężczyzn. Każdy z nich posiadał duże ilości niebieskiej magii, jednak nie tak wielkie jak miał Gaweł. Kryjąc się w cieniu z uśmiechem zaczęłam przysłuchiwać się ich rozmowie.
- Musimy w końcu zacząć działać.
- Ale niby co mamy zrobić? Nie mamy wpływów, pieniędzy, czy chociażby żywności. Aby cokolwiek osiągnąć potrzebowalibyśmy choćby statystyk, aby wiedzieć ile nas jest i ile czego potrzeba, a my nie wiemy nic. Jedynie ukrywamy się jak szczury.
- Na pewno możemy coś zrobić.
- Każdy nasz pomysł kończy się fiaskiem. Dobrze wiecie, że udało się tylko kilka planów, a i tak były one od Pitera. Może on niech się odezwie?
- Nie mam żadnych pomysłów. Mówiłem wam, że to co przerobiliśmy to były plany mojej przyjaciółki. Gdyby ona teraz mogła tu być.
Powiedział cicho, wzdychając.
- A niby czemu być nie może.
- Bo jest uwięziona, a uwolnić mogłaby ją tylko osoba, która ma duże pokłady magii. Zaklęcie na nią nałożone jest zbyt silne nawet dla mnie.
- Może spróbujmy razem. Sprowadzimy ją tu.
- Tak!
- Ale kto się jej posłucha?
- A niby czemu mielibyśmy jej nie słuchać?
- Bo jest młoda.
- Co do tego ma wiek, jeśli posiada umiejętności?
- Nie wiem. Chyba po prostu zaczynam tracić nadzieję.
Smutno z westchnieniem odrzekł Piter. Było mi go szkoda. Zbliżyłam się do nich i położyłam mu rękę na plecach. Nikt nie widział jak podchodzę, więc automatycznie podskoczył i wyciągnął broń. Wyciągnęłam swoją, aby obronić się przed bezwarunkowym atakiem z jego strony. Spadł mi kaptur z głowy, a on otworzył szeroko usta ze zdziwienia. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i schowałam miecz z powrotem do płaszcza.
- Tak to się wita przyjaciół po długim czasie? Ja tu się męczę, kombinuję, a jak w końcu znalazłam osobę, która mnie uwolniła to mnie po prostu atakujesz. Chcesz mnie zabić, czy jak?
- Patrycja! O mój ty Boże. Co ty tutaj robisz?
Krzyknął przeszczęśliwy. Rzucił broń na ziemię, wziął mnie w uścisk i zaczął obracać w koło. Mimo wolnie zaczęłam się śmiać. Dopiero po chwili postawił mnie na ziemi.
- Nie wierzę, że tutaj jesteś. Kto cię uwolnił?
- Jeden z nich.
- Ale jak to możliwe? Przecież oni są bestiami bez serca.
- Nie wiem, ale się dowiem i prawdopodobnie jak to zrozumiem to rozwiążę wszystkie nasze problemy.
- No, no. Nie musisz się, aż tak rozpędzać.
- To ona?
- Tak Brian.
- Nie sądziłem, że jest, aż tak młoda.
- Ale za to dużo wiem.
- Niby co?
Zamknęłam na chwilę oczy i oparłam dłonie o stół. Zaczęłam skupiać się na kolejnym zaklęciu. Po chwili otworzyłam oczy.
- W tym mieście znajduje się sto żołnierzy, sto pięćdziesiąt naszych pracujących, czterdziestu bez pracy, więc głodujących, oraz trzydziestu będących w ruchu oporu. Jest nas więcej i będziemy mogli się oswobodzić. Takie dysproporcje są w każdym mieście, oprócz stolicy. Jesteśmy w stanie ich pokonać, ale nie dziś, czy jutro. Musi się na to złożyć ciężka praca i kombinowanie. Pierwsza rzecz jaką musimy osiągnąć to eliminacja głodu. Musimy wzmacniać naszych z każdym dniem, gdy zyskają chociaż trochę siły to zacząć ich szkolić w walce wręcz i z bronią. Następnym etapem będzie nauczenie magii tych co mają możliwości. Kolejnym będzie wojna. Trzeba jedynie obmyślić dokładnie jak do wszystkiego dojść. Wszystkie szczegóły są do dopracowania. Łącznie z końcowych, czy chcemy, aby wszystko działo się jednocześnie we wszystkich miastach, czy my będziemy iść i odbijać po kolei każde miejsce.
- Wszędzie jednocześnie byłoby najlepiej.
- Dobrze. To zacznijmy teraz od początku. Jak można wyeliminować głód?
- Dostarczając żywność.
- Jak?
- Podkradając ją ze spichlerza.
- To dużo nie da. To co zabierzemy dla ludzi głodujących to będą to racje pracujących. Natomiast nasz wróg dalej będzie jadł tyle ile je.
Zrobiłam chwilę przerwy, aby przyswoili sobie te informacje, po tym jak już zaakceptowali, że coś wiem i będę rządzić, a przynajmniej tymczasowo.
- Zróbmy inaczej. Jak wy zdobywacie pożywienie dla siebie?
- Mamy za murami kilka osób dla nas pilnujących pola i myśliwych polujących na zwierzynę.
- Więc podwoimy ilość ludzi tym zajmującym się. Gdy będą większe dostawy pożywienia to weźmiemy do siebie grupę głodujących. Damy im schronienie i opiekę. Zaczniemy też szkolić jak tylko zyskają chociaż trochę siły. Natomiast jeśli chodzi o grupę pracującą, to też będziemy musieli powiadomić ich o treningach i wymagać obecności, a także tego, by się nie wygadali. Wszystko będzie musiało być tak ułożone czasowo, aby żołnierze się nie zorientowali, iż coś się dzieje. Pomoże nam trochę zaklęcie, które rzucę na każdego żołnierza jakiego znajdę, powodujące, że nie będzie dostrzegał niektórych zmian. Gdy grupa głodująca nabierze sił, to też będzie poświęcać trochę czasu na zdobywanie pożywienia. W taki sposób będziemy mieli go na tyle dużo, aby wykarmić też grupę pracującą, aby się nie zbuntowała. Jak wszyscy będą nasyceni, to bardziej przyłożą się do ćwiczeń. Obstawiam, że potrzebujemy koło roku, jak nie dwóch, aby mieć tyle siły, by pokonać żołnierzy z tego miasta. Ktoś jest przeciw mojemu pomysłowi? Jakieś uwagi? Propozycje? Zmiany?
Popatrzyłam uważnie na nich, ale każdy dopiero zaczynał nad tym rozmyślać.
- W takim razie sądzę, że powinien to być koniec spotkania. Niech każdy to przemyśli i nikt nie wygada tego co zostało tu powiedziane. Zastanowię się nad rozłożeniem wszystkiego w czasie i powiadomię was na jutrzejszym spotkaniu. Przygotujcie się, aby powiedzieć wszystkie swoje uwagi, zastrzeżenia, propozycje. Chodzi o to, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Odwróciłam się i wyszłam z sali. Słyszałam jeszcze, że Piter za mną biegł, ale wiedziałam, iż mnie dogoni.
- Czekaj Pati. Wspaniała przemowa. Napełniłaś ich wszystkich optymizmem i nadzieją. Teraz jesteśmy stu procentowo pewni, że wszystko w końcu się uda. Nareszcie widzimy koniec naszej udręki!
Nic nie odpowiedziałam, tylko ze spuszczoną głową szłam po schodach na górę. Otworzyłam tajne przejście i wyszłam na dach. Usiadłam na krawędzi i dyndając w powietrzu nogami patrzyłam w dal.
- Ej Pati, co się dzieje? W końcu jesteś wolna, nie cieszysz się?
- Cieszę. Ale tak naprawdę dopiero tutaj zobaczyłam jak ważne jest, aby każdy mój plan się powiódł.
- Wszystko się ułoży. Przecież już wszystko dopracowałaś, a czego nie zrobiłaś to pomożemy wykonać. Pamiętaj, że masz nas.
- Dziękuję.
- Co jeszcze cię martwi?
- Wiele rzeczy.
- Powiedz. Jak mi się nie wygadasz to komu?
- Boję się. Najzwyczajniej w świecie obleciał mnie strach. Martwię się, bo jest to dla mnie zbyt dużo odpowiedzialność. Zawsze coś może pójść nie tak, a nie chciałabym, abyście mieli jeszcze gorzej.
- Przynajmniej spróbujemy.
- Po za tym, mam wrażenie, że o czymś zapominam. Coś los chce mi powiedzieć, a ja nie wiem co. Mam też problem ze zrozumieniem naszego wroga, z tego co kojarzę to od zawsze byli oni źli, ale ostatnio zaczynam mieć wątpliwości czy wszyscy. Jeśli choćby grupa ich była dobra, to mogliby nam pomóc, a wtedy łatwiej byłoby osiągnąć cel. Jest też jedna rzecz której nie rozumiem. Wokół każdej osoby widzę kolor i ilość jego magii. Każda osoba jaką spotkała miała jeden z czterech kolorów: niebieski, czerwony, fioletowy i różowy. Nie wiem co te kolory oznaczają. Innymi słowy mam dużo zmartwień.
- Nie bój się. Damy sobie radę. Poradzisz sobie ze wszystkim. Samo wymyślenie planu to już coś. Nie zajmuj sobie też głowy takimi możliwościami, jak to, czy są wśród nich dobrzy, bo za wiele ci to nie da.
- Ech… dziękuję ci. Idę teraz rzucić czar na żołnierzy, aby nie dostrzegali drobnych zmian, a jutro powiem krok po kroku co będziemy robić w najbliższym czasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz